niedziela, 25 października 2015

Rozdział 20 cz. I

 "A little party never killed nobody"
- Fergie
- Ktoś widział Lauren? - Zapytałam, kiedy znudziło mi się stanie na mrozie przed bramą szkoły.
- Od kiedy Olive się obudziła, to spędza z nią każdą sekundę. - Westchnęła Molly. - O patrzcie! Idzie!. - Nasze głowy od razu zwróciły się w stronę szkoły. Lauren biegła w naszą stronę.
-  Gdzie ty się szlajasz? Wszystkie trzy zdążyłyśmy przemarznąć do szpiku kości. - Powiedziała Mary i mocno przytuliła przyjaciółkę.
- Trzeba było iść z Nathalie i jej Kukonami. - Mruknęłam, a Molly pokiwała głową. Dziewczyny chyba tego nie słyszały. - Idziemy? - Zapytałam już głośniej. - Nie przeszkadza mi, że się przytulacie, ale nie mam ochoty zamarznąć tu na śmierć. - Lauren, która stała twarzą do nas, przewróciła oczami.
- Nie jęcz. Cierpliwość jest kluczem do szczęścia. - Mimo swoich słów wypuściła Simpson z objęć i ruszyłyśmy w stronę magicznej wioski.
- Byłyście kiedyś w Hogsmead? - Zapytałam. Niby to ja byłam tu nowa, ale uczniowie Hogwartu nie mogli odwiedzić magicznej wioski przed rozpoczęciem trzeciej klasy. Tylko Lauren potwierdziła.
- Kiedyś pomogli mi się wykraść Olive i jej przyjaciele. - Opowiedziała. - Ale zobaczyła nas McGonagall i wszyscy mięliśmy miesięczny szlaban. Myślałam, że umrę z nudów. - Przewróciła oczami. - To było rok temu. - Dodała. Po Livvi można było się czegoś takiego spodziewać. Reszta moich przyjaciółek albo za bardzo się bała takiego wykroczenia, albo za bardzo zależało jej na szkole, albo była za grzeczna. Jeden Mary, dwa Molly, trzy Nathalie. Szkoda, że nie pojawiłam się tu wcześniej, chętnie poszłabym z nimi na takie nielegalne wyjście. Zaraz, czy ja właśnie powiedziałam, że żałuję, że byłam w Salem? Coś się złego ze mną dzieje. Powoli ślady po Instytucie się zacierają, a Hogwart ma czelność jeszcze bardziej je zetrzeć. Obawiałam się tej myśli, nie chcę zapomnieć.
- Co tam u Olive? - Zapytałam, żeby wyłączyć myśli.
- Dochodzi do siebie. - Odpowiedziała Lauren. - Nadal jest w szoku, ale fizycznie jest już wyleczona. Pani Pomfrey potrafi działać cuda! - Była naprawdę szczęśliwa. Znowu. Nie tylko ona zawdzięcza coś pielęgniarce, po części kobieta i nam oddała starą Laur.
- Mówiła co ją zaatakowało? - Złapała temat Molly. Thomas pokręciła głową.
- Niestety. Pamięta tylko wielki cień i ból. - Zauważyłam jak przeszedł ją dreszcz. Mary chyba też, bo od razu objęła ją ramieniem. Potem zapadła niezręczna cisza. Mary próbowała podsunąć temat rozmowy, ale nikt go nie rozwijał. W końcu i ona dała sobie spokój. Pogrążyłyśmy się w ciszy, a jedyny dźwięk to było skrzypienie naszych butów o śnieg.
- Do jakiego sklepu idziemy? - Wytrwale temat podjęła Mary.
- Może do Magicznej Szafy? - Zaproponowała Lauren. Znów była dziwnie przygaszona. - Liv mówiła, że to dobry sklep i raczej nie będzie tłoczno. - Zgodziłyśmy się. Jedyny problem był taki, że żadna z nas nie wiedziała gdzie to jest. Nie dziwne, skoro mały sklepik znajdował się w najmniej uczęszczanej uliczce. Można było powiedzieć, że biegłyśmy do tego sklepu. Było nam tak zimno, że chciałyśmy już znaleźć się w ciepłym wnętrzu.
- Oby było tam ciepło. - Powiedziałam, a dziewczyny przytaknęły.
- Raz kozie śmierć. - Mruknęła Mary i nacisnęła klamkę. Wszystkie naraz wpadłyśmy do ciepłego, przytulnego wnętrza. Z naszych ust wyrwał się jęk zachwytu. Obranie, buty i biżuteria, wszystko ułożone kolorami, a to dawało cudowny efekt. Zaparło mi dech w piersi.
- Mówiłam, że warto szukać tego miejsca. - Wydukała Thomas, a na jej ustach znów znalazł się ogromny uśmiech. Po chwili podeszła do nas ekspedientka.
- Witam was dziewczyny. Nazywam się Melanella i jestem tu, żeby wam pomóc w doborze ubrań. - Powiedziała ruda. - Szukacie pewnie kreacji na Bal Bożonarodzeniowy?
- Dokładnie. - Odpowiedział Mary. - Nie mamy jakiś konkretnych ubrań na uwadze. - Dodała. Ruda zmierzyła nas wzrokiem. Potem powiedziała, żebyśmy czekały, a ona znajdzie dla nas jakieś ubrania.
- To siostra Notta. - Szepnęła Molly do Lauren. Mulatka spojrzała na dziewczynę i zrobiła zdziwioną minę. - Też na początku jej nie poznałam.
- Mel i Martin różnią się od siebie jeszcze bardziej niż parę lat temu. - Odpowiedziała zdziwiona Livvi. - Nigdy bym nie powiedziała, że są rodzeństwem.
- Zaraz. Skąd znacie Nottów? - Zapytała Simpson. - Przecież to stu procentowi Ślizgoni. - Zauważyła. Dziewczyny wytłumaczyły nam, że ciocia Molly, Ginny to przyjaciółka matki Melanelli i Martina. Ojciec Lauren, Dean przyjaźni się z Ginny i tak wypadło, że spotkali się parę razy.
- Powinnyście przymierzyć te sukienki! - Powiedziała Nott dając nam mnóstwo sukni. Któtkich i długich. W najróżniejszych kolorach.
Pięćdziesiąt sukienek później, zmordowane wyszłyśmy ze sklepu. Każda z nas miała już sukienkę. Moja miała służyć zarówno na wesele jak i na bal. W dobrych humorach poszłyśmy do Trzech Mioteł i rozmawiałyśmy tam pół dnia. Kiedy wróciłyśmy była już ciemna noc. Kocham spędzać czas w ich towarzystwie. Ale nadal brakuje moich poprzednich przyjaciół...
***
Płaszcz zasłaniał im twarze kiedy pokonywały drogę z Hogwartu do Hogsmead. Zimno szczypało dziewczyny po nagich dłoniach. Szły jako pierwsze, żeby nikt nie zobaczył ich razem.
- Może powinnyśmy się ujawnić? - Podsunęła przemarznięta Chloe. - Mam już dość skradania się, ukrywania i udawania, że się nie znamy. - Krukonka zmierzyła ją wzrokiem.
- To głupi pomysł. - Fuknęła. - Nie mamy reputacji super miłych. Jeśli zobaczą nas razem będą wiedzieli, że to ja uderzyłam tłuczkiem Davis. Chyba mnie widziała! A jak Potter się przyłączy i powie, że to przeze mnie prawie skręcił kark?! - Wrzasnęła sfrustrowana. - Nie. Nie! I jeszcze raz NIE! - Kiedy ochłonęła dodała jeszcze. - Przepraszam Chloe, ale to zły pomysł. Nie powinnam tak na ciebie naskakiwać, ale zrozum.
- Nie mów do mnie jak do dziecka. - Powiedziała ostro. - Hana, ja naprawdę potrafię myśleć samodzielnie. - Joles pokiwała smutno głową.
- Możemy się już nie kłócić? - Zapytała cicho zbijając z tropu Ślizgonkę, która zrobiła dziwną minę. Ale też nie podobała jej się kłótnia. Hana od dziecka jest jej przyjaciółką. Mimo, że nie pokazywała tego to wyznawała zasadę "Pójdę za tobą mimo wszystko."
- Jasne. Nigdy więcej. - Przyrzekły sobie na palec. Tak jak przyrzekały sobie wieczną przyjaźń dziesięć lat temu. Obie pamiętały to bardzo dobrze.
Obie były małe, obie były zagubione, obie bez przyjaciół. Jedna z nich - piękna blondynka o włosach koloru tak jasnego, że można go nazwać bielą, drobna i może się wydawać tak krucha. - Chloe. Druga z nich - bogato ubrana, troszkę okrągła dziewczynka, a jej włosy przybierała kolor złoty - Hana. Jedna ubogim domu, a druga w pałacyku. Jednej kazali zapomnieć o magi, udawać mugolkę. Druga, która rosła w przekonaniu, że jest wyjątkowa, najlepsza. Jedna, kiedy trafiła do Hogwartu dostała nowe życie, daleko od wstrętnych, adopcyjnych mugoli. Druga, której zabrano przywilej najlepszej. A jednak ich przyjaźń przetrwała ciężkie dziesięć lat. 
- Gdzie idziemy? - Zapytała Joles, kiedy przekraczały bramy miasta.
- Najpiękniejsza czarownica? - Zaproponowała Martinez i ruszyły w tamtą stronę.
 
Pałac był ogromny i piękny. Z każdej strony widziałam zieleń, żółć i czerwień kwiatów. Prawdopodobnie został tak pięknie przyozdobiony. Miałam ochotę aż jęknąć z wrażenia. Pauline się uśmiecha. Chyba widzi, że mi się podoba. No jasne! Mam szeroko otwarte usta, a moje oczy chyba zaraz wypadną mi z orbit i znajdą się w tych kwiatkach! Chyba zepsułabym tym wesele.
- Podoba ci się. - Zapytała. Ja tylko pokiwałam głową nadal nie zamykając ust. Nagle poczułam, że ktoś mocno kopie mnie w nogę. Pauline.
- Ała. Co ty... - Ale nie skończyłam, bo zobaczyłam o co jej chodzi. W naszą stronę szedł wysoki, długowłosy mężczyzna w bogato ozdobionej szacie. Za nim szła trochę młodsza osoba. O równie jasnych włosach i dostojnym spojrzeniu. Nie miałam wątpliwości, że to rodzina królewska. Nie byłam tylko pewna czy ten drugi to mężczyzna.Pauline lekko dygnęła, więc ja zrobiłam to samo.
- Miło mi was powitać w moim królestwie! - Powiedział ten na pewno mężczyzna. Wziął dłoń od Pauline i pocałował ją. Przełknęłam gulę obrzydzenia gdy podszedł do mnie, a po ten gdy podeszło do mnie to drugie. Mężczyzna? A może kobieta?
- Legolasie, czy mógłbyś oprowadzić drogą czarodziejkę. 
 - Specjalnie zaakcentował ostatnie słowo. Powinno mnie to obrazić? Nie, przecież to zwykłe chamstwo i prostactwo. Chłopak (jednak chłopak) podał mi ramię, a ja nie chętnie je przyjęłam.
- Masz na imię Alicja, prawda? - Zapytał przerywając tym samych niezręczną ciszę.
- Si. - Odpowiedziałam po hiszpańsku, sprawdzając plotkę czy elfy rzeczywiście znają wszystkie języki świata.
- Tu amiga es Pauline verdad? - Czyli to jednak prawda albo po prostu zna on hiszpański.
- Tak. Można powiedzieć, że tak. A ty masz jakiegoś przyjaciela. - Nie lubię niezręcznej ciszy.
- To ja! - Usłyszałam za plecami i podskoczyłam ze strachu. Chłopak się uśmiechnął szeroko. - Nie chciałem cię przestraszyć. Mam  na imię Jace.
- To mało elfickie imię. - Zauważyłam, a on pokiwał głową.
- Jestem podobny do ciebie. Byłem człowiekiem, ale wybrałem elfictwo. - Pokiwałam głową, gdy nagle usłyszałam huk. Usłyszałam odgłosy rozmowy w nieznanym mi języku.
- Orkowie. - Mruknął Legolas i razem z Jacem zbliżyli się jakby chcieli mnie chronić. Zaraz, zaraz, zaraz! Nie jestem pieprzoną księżniczką. Sama sobie poradzę. Machnęłam ręką, a na moim palcu pojawił się płomień. Miałam ostatnio trochę czasu na ćwiczenia. Odwróciłam się tyłem do elfów i zobaczyłam coś co działo się za plecami innych. Ork ciągnął za sobą jakąś nieprzytomną dziewczynę. Pomknęłam za nim nie zwracając uwagi na nawoływania. Znalazłam się na dworze. Zimne, grudniowe powietrze kuło mnie w skórę. I nagle coś uderzyło mnie od tyłu. Leciałam parę metrów, a potem uderzyłam o ziemię.
I leżałam we własnej krwi...
 ***
Wolno uchyliłam oczy. Leżała na jakiejś wielkiej miękkiej poduszce. Wokół mnie rozprzestrzeniała się biel. Gwałtownie podniosłam się na ręce, a łóżko zaskrzypiało przy moim ruchu. Od razu pożałowałam gwałtowności mojego czynu. Zaczęłam widzieć mroczki przed oczami i szybko wróciłam do pozycji leżącej.
- Miło, że się obudziłaś skarbie. - Usłyszałam głos dochodzący z kąta pomieszczenia. Mój wzrok od razu się tam przeniósł. Tym razem ostrożnie podniosłam się, ale i tak łupało mi w głowie. Trudno, jakoś wytrzymam. Nie podobało mi się, zostałam nazwana skarbem, ale nie miałam siły się kłócić. Nieśpiesznie podeszli do mnie Jace i Legolas. Znów upadłam na poduszki.
- Który dzisiaj jest? - To pierwsze pytanie przyprawiło Jace o uśmiech. Pół elf był mnie opanowany niż książkę, który odchrząknął zdegustowany jego zachowaniem. Niech mnie ktoś zabierze z tego świrniętego, sztywnego królestwa! Bo zwariuję!
- Dwudziesty drugi grudnia. - Zauważyłam w jego oczach także zdziwienie, mimo że próbował ukryć prawdziwą emocję. Nie zadawałam pytań tylko kiwnęłam głową. Elfowie nie spodziewali się, że będę taka małomówna. Ciekawe co o mnie słyszeli. Może, że jestem strasznym, rozgadanym, niezrównoważonym psychicznie stworzeniem? Hybrydą, która mimo wiedzy, że na w pół jest cudownym elfem, nie była pewna, którą stronę wybierze. Przyzwyczaiłam się do bycia czarownicą, nie wiem czy umiałabym poradzić sobie poradzić bez czarów. Zresztą, mam czas do siedemnastych urodzin. Jedyną alternatywą było to, że mogłabym zachować swoje imię. Alicja. Naprawdę bardzo je lubię.  Nikt nie odzywał się dopóki do pomieszczenia nie wpadły dwie elfki. Ich długie blond włosy i jasne oczy utwierdziły mnie w przekonaniu, że to 100%, zapewne kilkaset letnie elfice.
- Jestem Veya, a to Ness. - Powiedziała ta niższa. - Miło cię poznać, wydaje mi się, że nie miałyśmy okazji poznać się wczoraj. - Dziewczyna wydawała się całkiem miła. Ta druga, Ness, nie pałała jakimś szczególnym uczuciem, tego że tu jestem.
- Mi także miło was poznać. - Veya uśmiechnęła się, a Ness kiwnęła tylko głową.
- Jeśli jesteś głodna, to możemy iść na śniadanie. - Wtrącił się Legolas. - O tej porze wszyscy zapewne odsypiają wesele. - Kiwnęłam głową i podjęłam się próby wstania z łóżka. Nie przewróciłam się, ale zakręciło mi się w głowie. Musiałam się wczoraj mocno uderzyć. Na wszelki wypadek złapałam się ramy łóżka. Cała czwórka obserwowała mnie uważnie, żeby w razie co mnie złapać. Nie upadnę. Nie chcę okazywać słabości.
- Jeśli nie czujesz się na siłach, to możesz zjeść tutaj. - Zaproponował Jace.
- Oczywiście. To niezły pomysł. - Dodała Veya. - Z chęcią dotrzymamy ci towarzystwa. - Po części byłam za to wdzięczna, a po części wściekła, że obchodzą się ze mną jak z dzieckiem.
- Chcę iść z wami. Dobrze się czuje. - W jakiś sposób utrzymywałam się na nogach. Moja sukienka była trochę pomięta, a włosy były w nieładzie. Dziewczyny to zauważyły. Veya złapała mnie za ramię i pociągnęła za sobą. Ness ruszyła za nami.
- Nie zróbcie jej tylko krzywdy. - Krzyknął za nami Jace.
- Spokojna głowa. Z nami nie zginie. - Odkrzyknęła Veya, a Ness mrugnęła do mnie i uśmiechnęła się do chłopaków. - Nie musisz się bać. - Powiedziała do mnie, kiedy byłyśmy w jakimś pokoju.
- To idioci. Nie wolno ich słuchać. - Powiedziała Ness, a mnie zdziwił jej ton głosu. Po prostu nie pasował do jej wyglądu i zachowania.Veya zachichotała.
- Ma rację. A teraz zamknij oczy. - Posłusznie to zrobiłam. Słyszałam jak dziewczyny wypowiadają jakieś słowa. Magia elfów nie zna granic. - Możesz otworzyć. - Szepnęła. Wskazała lustro, a ja podeszłam. Aż jęknęłam z zachwytu. Moje włosy były uczesane w idealny kok na środku głowy, a zniszczona sukienka była jak nowa. Doszyto tylko coś tu i uwdzie. Wyszeptałam słowa podziękowania, a potem ruszyłyśmy na śniadanie.
- Ness to skrót od Vanessy? - Zapytałam elfki. Dziewczyna pokręciła głową. Czyli miałam rację, jest stu procentowym elfem. Wstyd mi było zapytać ile ma lat.
- Ness to Natasza. Urodziłam się w Rosji, ale zostałam wypędzona. - Powiedziała. Nie chciałam na nią naciskać, ale ciekawość wygrała.
- Dlaczego? - Zapytałam bez ogródek, a ona udzieliła odpowiedzi. Jak w zegarku. Pytasz i od razu dostajesz odpowiedź. Wyglądało mi to na ustawione. O to nie pytałam.
- Byłam księżniczką. Zakochałam się nie w tej osobie i zdradziłam mojego narzeczonego. - W świecie elfów było to jak popełnienie morderstwa. - Mój ojciec chciał mnie zabić. Życie zawdzięczam matce, która mnie wypuściła. Później i ona przepłaciła za to życiem. - Historia tragiczna. Aczkolwiek udowadnia, że miłość elfów potrafi być zarówno piękna i okrutna. Elfy są właśnie takimi stworzeniami. Są dobrzy, ale też okrutni. Darzą miłością i tą miłością ranią lub znoszą cierpienie. Elfy są jak wiecznie młodzi ludzie. Popełniają błędy tak jak każdy człowiek. Może zastanowię się jednak nad przyłączeniem do nich?
- Nie ma u nas dużo młodych elfów. - Opowiada Legolas, kiedy jesteśmy już na śniadaniu. Elfickie jedzenia mi nie przeszkadza. Są prawie wegetarianinami. Jedzą mięso od święta. Da się to przeżyć. Kiedy weszłam do Sali Jadalnej poznałam jeszcze dwoje "młodych" elfów. Tauriel i Arweden. - Jestem ja, Jace, Ness, Veya, Tauriel, Arweden i Pauline. Może będziesz o ty. - Ostatnie zdanie wprawia mnie w zakłopotanie, więc pozostawiam je bez odpowiedzi. Okazało się, że Pauline musiała wracać do zamku. Obowiązki wzywają, dlatego ma mnie odprowadzić Legolas i Jace. Po posiłku ruszamy. Idziemy do stajni i bierzemy dwa konie. Ponieważ nie umiem jeździć konno to jadę z Legolasem. Troszkę mi to przeszkadza. Przed dziesiątą jesteśmy w Zakazanym Lesie. Żegnam się z nimi i mimowolnie obiecuję, że jeszcze się spotkamy. Do zobaczenia. Słowa, które mnie zabiją. A potem idę do zamku, kiedy się odwracam po nich nie ma już śladu. Dziś bal, trzeba się przygotować.
~♥♥♥~
Podzieliłam rozdział na dwie części, ponieważ inaczej byłby strasznie długi. 
Ogólnie zmniejszam częstotliwość dodawania rozdziałów.
Będą pojawiały się raz na dwa tygodnie, tak jak było w niedzielę.

Kolejna sprawa jest taka:
Ostatni raz informuję was o rozdziale, bo ja informuje 10 osób, a przychodzą 2 czy 3.
Jeśli nadal chcecie otrzymywać informację to po prostu napiszcie w kom.
 
Komentujcie!
Pozdrawiam
-A 

 

niedziela, 11 października 2015

Rozdział 19

Naprawdę mi przykro. Wiem, że rozdział miał się pojawić dwa tygodnie temu, no ale ważne, że jest. Zapraszam do komentowania i szczerego oceniania. - A
~♥♥♥~
~UWAGA!!! NASTĄPIŁ PRZESKOK CZASOWY DO GRUDNIA!~

Nie widziałam nic ciekawego w lekcjach Starożytnych Run. Wprowadzili nam tą lekcję od połowy października, a ja już tego nienawidzę. Cały czas komunikowałam się z siedzącą obok Lauren. Udawałyśmy, że piszemy w zeszytach, a tak naprawdę pisałyśmy na kartce. Nie mogłyśmy ze sobą gadać, bo ten jakże kochany profesor, rozsadziłby nas. A tego nie chciałyśmy. Gadaninę nauczyciela przerwało energiczne pukanie w drzwi. Po chwili pojawiła się w nich Marlee, przyjaciółka Olive. Poznałam ją jakiś czas temu. Nauczyciel spojrzał na nią pytająco. 
- Czy mogę zabrać Lauren Thomas? - Moja przyjaciółka zdziwiła się mocno. Posłała mi też takie spojrzenie. Wnioskując z miny Smaitha (nauczyciela) chciał odmówić. Bo od kiedy to przychodzą na do niego na lekcje, przerywają mu i jeszcze chcą zabrać jedną z uczennic. To przecież jakiś absurd. Dziewczyna zorientowała się w odpowiedzi, ale nie dawała za wygraną. - To ważne. Sama profesor McGonagall mnie poprosiła. - Na dźwięk nazwiska dyrektorki aż podskoczył. Darzył tę kobietę ogromnym poszanowaniem i sympatią. Jeśli ona prosiła, to sprawa nabiera nowy obrut.
- Oczywiście. Idź, Lauren. Nadrobisz sobie później wszystko. - Livvi tak zrobiła, a ja zazdrościłam jej, że mogła wyjść z tej nudnej lekcji. Mój ton co do tego zmienił się, kiedy na następnej lekcji spotkałam profesor McGonagall. Zmierzałam właśnie do sali eliksirów.
- Alicjo! Dobrze, że cię widzę. - Zatrzymałam się i przywitałam. Kobieta od razu przeszła do sedna sprawy. - Czy możesz pójść do Skrzydła Szpitalnego?
- Oczywiście, ale po co? - Należało mi się wytłumaczenie po co mam tam iść. Kobieta rozejrzała się po korytarzu i znacznie ściszyła głos. Stało się coś niedobrego.
- Ktoś napadł starszą pannę Thomas. - Zamurowało mnie. - Dochodzimy kto to, ale zajmie nam to trochę czasu. Na razie byłabym wdzięczna gdybyś zajęła się jej siostrą, Lauren. Jest w rozsypce, od kiedy się dowiedziała. - Od razu wiedziałam co mam zrobić.
- Oczywiście pani profesor. Już tam idę. Czy mogę się najpierw zwolnić u Pa... profesorki? - Prawie powiedziałam Pauline. Powinnam więcej myśleć. Uderzyłam się w duchu w twarz. Na szczęście w porę się poprawiłam i McGonagall chyba uznała, że to ona źle usłyszała. Było blisko.
- Biegnij. Będę w swoim gabinecie, jeśli będziesz czegoś potrzebowała wystarczy, że wypowiesz hasło do posągu. Brzmi ono Peleryna niewidka. - Przytaknęłam skinieniem głowy i pobiegłam do profesorki Pauline. Pięć minut później wchodziłam do jej gabinetu. Nie była zdziwiona, nawet się nie odwróciła. Ciekawe dlaczego. To mogła być osoba, która mogłaby ją zamordować.
- Alicjo, nie bądź głupia, mam elfi słuch. Wiem, że to ty. - Odwróciła się do mnie, ukrywając uśmiech. Niestety nie wyszło jej to i jej usta ułożyły się w łuk.
- Co ty!? Jak ty?! - Krzyknęłam, czując nagły przypływ gorąca. Mam nadzieję, że się nie czerwienię. - Nie rób tego więcej!
- Elfy potrafią czytać w myślach. Ty też może będziesz mogła. I obiecuję. - Posłała mi spojrzenie pełne wsparcia. Omal zapomniałam po co przyszłam.
- Chciałam się zwolnić z lekcji. Powiedziałam, a ona zmierzyła mnie nauczycielskim spojrzeniem.
- Dlaczego? - I co ja jej powiem? Czy to, że Olive jest w Skrzydle Szpitalnym, a Lauren potrzebuje mojego wsparcia, jest tajne. Niestety nie znam odpowiedzi. Nawet nie wiem, czy ona teraz nie słucha moich myśli...
- Nie czytam ci teraz w myślach. Coś obiecałam, a wyprzedzając następne pytanie, nie czytałam ci przed chwilą w myślach, domyśliłam się. Nie jestem głupia! - Zrobiła minę mówiącą "Dlaczego ona uważa, że jestem idiotką?".  - Teraz ty odpowiedz na moje pytanie.
- Ktoś mnie potrzebuje. Jest w rozsypce po pewnym... - Jakiego słowa użyć? - Incydencie. - Dodałam szybko, ale Pauline zauważyła moją niepewność.
- Proszę, bądź ze mną szczera.
- Jestem. Muszę komuś pomóc. Czuję to, po prostu coś we mnie krzyczy, że muszę to zrobić. - Dziewczyna przeszyła mnie spojrzeniem i podeszła do drzwi.
- To empatia, czujesz, że ktoś bardzo potrzebuje twojego wsparcia. Wyczuwasz to instynktownie. Powoli przybierasz cechy elfów. Czujesz coś i po prostu musisz to zrobić. - Powiedziała po dłuższym namyśle. Ale nie patrzyła na mnie, tylko przed siebie, na coś czego nie widziałam. Ale domyślałam się co ona widzi.
- Tęsknisz? - Wyrwałam ją z rozmyśleń i posłała mi zaciekawione spojrzenie. - Za domem. - Spuściła wzrok, jakby nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Jakby bała się, że powie coś złego.
- Tak. Zawsze. - Podniosła wzrok, ale nie patrzyła mi w oczy. Patrzyła w przestrzeń. - Pozostawiłam tam wszystko co mi zostało. Jestem jedną ze strażników miasta. A teraz mam strzec ciebie. Myślałam, że nie będzie to takie trudne, ale brakuje mi tamtego miejsca. Opuszcza mnie tak wiele. - Po jej policzku popłynęła łza. - Moja najlepsza przyjaciółka, Merenwen, niedługo bierze ślub, ale mnie na nim nie będzie. - Nie powiedziała tego wprost, ale to przeze mnie. Przeze mnie jej tam nie będzie. Bez wahania podjęłam decyzję i ją przytuliłam.
- Musisz mnie pilnować, więc napisz do swojego pana, że przybędziemy obie.
- Co-o? - Wypowiedziała łamiącym, niepewnym głosem. Przytuliłam ją mocniej.
- To będzie dla mnie dobre. - Kontynuowałam. - Zobaczę jak tam żyją i poznam ich. Będzie mi łatwiej podjąć decyzję, jeśli będę wiedziała na co idę.
- Jesteś kochana. Obiecuję, że wrócimy na Bal Bożonarodzeniowy i wrócisz do rodziny na święta. - Zawahała się przez chwilę, ale powiedziała swoim normalnym głosem, nie nauczycielskim, surowym. - Dziękuję, Alicjo. Możesz iść do osoby, która cię potrzebuje. Jesteś dla niej największym oparciem, jestem pewna.
*** 
Drzwi Skrzydła Szpitalnego otworzyły się skrzypiąc przeraźliwie, aż w uszach mi dzwoniło. Rozejrzałam się po sali. Tylko jedno łóżko było zajęte. Leżała na nim Olive, a obok siedziała szlochająca Lauren. Od razu pokonałam całą salę sprintem i mocno uścisnęłam przyjaciółką. Nie mogłam patrzeć na jej cierpienie.
- Co się stało? - Zapytałam, kiedy przestałyśmy się przytulać. Przyjaciółka spojrzała na mnie czerwonymi, zmęczonymi oczami. Nie uwierzyłabym, gdyby wczoraj ktoś powiedział mi, że wesoła Lauren będzie dzisiaj tak wyglądać. - Nie będę cię zmuszała do odpowiedzi. - Zaczęłam delikatnie. Moje słowa były prawdą, jeśli nie chce mówić, nie musi.
- Nie. - Odezwała się słabym głosem. Tak słabym głosem, że aż serce mi się ścisnęło. - Powiem ci, ale sama jeszcze dużo nie wiem. - Wierchem dłoni wytarła mokre od łez oczy. - Ona wracała z Zielarstwa. Wracała jako ostatnia, a kiedy nie przychodziła Ben, jej chłopak, poszedł jej szukać. Znalazł ją leżącą na śniegu, nieprzytomną.
- Są jakieś wskazówki kto mógł to zrobić?
- Tak. - Powiedziała niepewnie. - Hagrid już to bada. Ktoś lub coś co ją zaatakowało zostało ranne. Oprócz krwi Olive była też czyjaś krew, ale nie wiadomo czyja. - Dziewczyna westchnęła. - Jestem strasznie zmęczona. - Bez słowa wstałam i skierowałam się do drzwi. Thomas jednak nie ruszyła się z miejsa.
- Idziesz? - Zapytałam. Popatrzyła na mnie, potem na siostrę i znów na mnie. Kiwnęła głową i podeszła do mnie. Wychodząc spojrzała tęsknie w stronę siostry. Razem poszłyśmy do dormitorium. Nie spotkałyśmy nikogo, aż do dojścia na siódmym piętro. Myślę, że moja przyjaciółka nie chciała być widziana w takim stanie. Jedna osoba pojawiła się dwa kroki przed nami. Rosemary wyszła z Pokoju Wspólnego.
- Co się stało, Lauren? - Zdziwił mnie jej opiekuńczy ton. Nigdy nie pokazała się z takiej dobrej strony. Nie spodziewałam się, że taką ma.
- Moja siosta. Nie wiesz jeszcze? - Zapytała i pociągnęła nosem. Te pięć słów sprawiały jej ogromny ból. W tym momencie Rose zrobiła rzecz, której na pewno się nie spodziewałam. Po prostu ją przytuliła. Ten widok był zarówno słodki jak i komiczny. Rose nigdy nie okazywała słabości. Mi przyszło do głowy najgłupsze w tej sytuacji pytanie. Musiałam je zadać, bo inaczej nie byłabym sobą.
- Dlaczego nie jesteś na lekcji? - Nie chciałam, żeby zabrzmiało to oschle. Byłam po prostu ciekawa. Davis delikatnie oderwała się od Laur. Przez jej twarz przebiegło tysiąc emocji. Strach, że ją wydam. Zaintrygowanie, że się do niej odezwałam. Zirytowanie, że się do niej odezwałam. Oraz coś, co nie do końca potrafiłam odczytać. Moja podświadomość podpowiadała, że chodzi o wiarę. Wiarę, że może mi zaufać i opowiedzieć co ją gryzie. Nie było to oczywiście związane z lekcją eliksirów.
- Właśnie na nią szłam. - Odpowiedziała pewnie, swoim zgryźliwym tonem. Jakby chciała mnie sprowokować, żebym posłała w jej kierunku jakąś obelgę. Nie zmylisz mnie tak łatwo Davis. Łatwo dała wymijającą odpowiedź, ale nie zwiodła mnie. Gryfonka odeszła jak skulony piesek. Zastanowiło mnie to. Nawet nie wiem kiedy wypowiedziałam takie słowa:
- Jeśli chciałabyś porozmawiać - Odwróciła się w moją stronę. Stała u stóp schodów. - To wiesz gdzie mnie znaleźć. - Uśmiechnęłam się do niej, a schody ruszyły się i dziewczyna zniknęłam nam z oczu. Weszłyśmy do pustego Pokoju Wspólnego. Ukradkiem zerknęłam na przyjaciółkę. Była blada i zmęczona. Nie jestem pewna czy jadła coś dzisiaj. Zaspała i nie poszła na śniadanie, miała wykraść coś sobie z kuchni. Wydaje mi się, że tego nie zrobiła. Podeszłam do regału i wybrałam pierwszą lepszą książkę. Zew krwi. Nie wiem czy spodoba się Livvi, ale musi coś robić, kiedy ja będę w kuchni. Bez słowa poszłyśmy do naszego dormitorium. Dziewczyna od razu rzuciła się na łóżko.
- Słuchaj. Muszę iść przynieść ci coś do jedzenia. - Położyłam książkę obok niej. - Poszłybyśmy razem, ale lekcje mogą skończyć się w każdej chwili kiedy tam będziemy.
- Rozumiem. Nie chcę, żeby mnie ktoś widział w takim stanie. - Uśmiechnęła się blado. - Tylko błagam o jedno. Przynieś coś dobrego. - Zaśmiałam się. Pod skórą tej zmartwionej siostry nadal tkwiła stara Laur. Kiwnęłam głową i wyszłam z dormitorium. Nie było sensu o tej porze rzucać na siebie zaklęcia niewidzialności. Jeśli ktoś się do mnie przyczepi to spławie go, że robię coś dla McGonagall. Będzie to po części prawda i dyrektorka nie będzie mogła zaprzeczyć. Dopiero na parterze zorientowałam się, że nie wiem gdzie jest kuchnia. Wiedziałam coś tam z opowieści. Raczej znajdę to wejście. Moja pewność siebie zniknęła, kiedy zgubiłam się w lochach. Nie wiedziałam, w którą stronę iść. Ruszyłam przed siebie, a kiedy skręcałam poczułam, że się z kimś zderzam. I ja i ta osoba upadłyśmy na ziemię. Odruchowo zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam zobaczyłam wściekłą dziewczynę, która leżała na ziemi przede mną.
- Uważaj jak łazisz. - Warknęła. - I dlaczego nie jesteś na lekcjach.
- Mogę zapytać o to samo. - Blondynka należała do Domu Kruka. Myślałam, że mieszkańcy tego domu są pilnymi uczniami. Dziewczyna posłała mi wściekłe spojrzenie.
- Nie widziałam ciebie, a ty nie widziałaś mnie. Stoi?
- Tak... - Nie wiedziałam jak ma na imię, więc zapytałam o to. W między czasie podniosłyśmy się z ziemi. Dziewczyna wyminęła mnie i już myślałam, że nie odpowie. Ale jeszcze rzuciła przez ramię.
- Selene. Selene Neomajni . - Odpowiedziała w końcu.
- Alicja Sims. - Krzyknęłam za nią. Nie jestem pewna czy usłyszała. Mimo to nadal jestem w kropce. Gdzie jest ta głupia kuchnia?! Stałam tak jeszcze kilkanaście minut, kiedy zza zakrętu wyszedł skrzat domowy nucąc pod nosem jakąś melodię.
- Co nucisz? - Przerażone stworzenie podskoczyło ze strachu. - Nie chciałam cię przestraszyć.
- Niech się panienka nie martwi, z Nutką wszystko będzie w porządku. - Nutka zarumieniła się, ale odpowiedziała na moje pytanie. Czarodziej prosi, czarodziej dostaje odpowiedź. Stara zasada skrzatów. - To taka mugolska pieśń. Hallelujah. - Odpowiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałam. Znałam tę melodię. W Salem zawsze gościła przy okazji Świąt Bożego Narodzenia. Uśmiechnęłam się w duchu.
- Nutko, wiesz może gdzie jest kuchnia? - Skrzatka uśmiechnęła się.
- Oczywiście panienko. Nutka właśnie tam zmierza. - Irytowało mnie, że skrzaty mówią o sobie w trzeciej osobie. Nie można normalnie? Stworzenie przyprowadziło mnie do obrazu gruszki. Połaskotało ją i pojawiła się klamka. Sprytne! Zapamiętałam dokładnie to miejsce, a potem weszłam do kuchni. Było to miejsce pełne skrzatów domowych. Starałam się nie zwracać na siebie uwagi, ale ktoś wykrzyknął, że przyszedł gość. Tak więc zostałam obsypana różnym jedzeniem. Deserami, owocami, daniami oraz napojami. Niosłam tyle ile zdołam unieść, a żeby zmieściło mi się jeszcze więcej dostałam koszyk. Świetnie. Odczekałam aż zacznie się kolejna lekcja. Nie ważne, że się na nią spóźnię. Ni będę lazła tak obładowana przez korytarz pełen znajomych osób.
***
Wieczorem przyszła do nas Nathalie i Molly. Również chciały wspomóc naszą przyjaciółkę. Rose nie prychała na ich widok jak zwykła robić. Trzymała się z boku i siedziała na swoim łóżku. Nie wtrącała się. Jak nie Rose. Coś się musiało stać. Może jestem okrutna, ale nie wierzę w ludzką bezinteresowność. Zbliżała się późna godzina, ale dziewczyna nadal nie chciała zasnąć. Lauren powtarzała, że nie pójdzie spać dopóki z jej siostrą nie będzie wszystko w porządku. Próbowałyśmy różnie. Propozycjami, przekupstwem. 
- Jeśli nie zaśniesz to nie idziesz z nami po sukienki na Bal Zimowy. Ta sobota to jedyna okazja. - Powiedziała Mary. Najlepiej znała Lauren, więc wiedziała co będzie chciała robić najbardziej. Ta jednak tylko wzruszyła ramionami. 
- Obchodzi mnie tylko Olive. - Tak wyglądał jej każdy argument. W końcu Molly miała dość. 
- Czuje się jakbym rozmawiała z dzieckiem. Wszystkie powinnyśmy iść spać, bo jej się nie przekupi. Sen i tak z nią w końcu wygra. - Ruszyła do drzwi, a za nią poszła Nath. Z ręką na klamce obróciła się, kiedy usłyszała moje niespodziewane słowa.
- A może opowiem ci baśń? - To wydawało się takie błahe. Wszystkie wlepiły we mnie wzrok. Nawet Rosemary, która udawała, że śpi. Nie słyszałam sprzeciwu, więc zaczęłam opowiadać...
Dawno, dawno temu, kiedy osada ta nie nazywała się jeszcze Salem, ani żaden zamek w jej okolicy nie stał, żył sobie pewien rybak, Leonard. Leonard stracił rodziców, kiedy był nastoletnim chłopakiem. Wykorzystywał umiejętności, których nauczył go ojciec, by zarabiać na życie. Nie kiedy pracował nawet w nocy, gdy wody były pełne stworzeń, za które dostałby wór kartofli. Lecz ta noc nie była zwyczajna. Leonard postanowił łowić ryby w pełnie. A każdy wie, że noc pełni to nie taka zwykła noc. Tej nocy na świat wychodzą wilkołaki, syreny, niekiedy też wampiry urządzają grupowe łowy, elfy wychodzą by czcić światło tych ciał niebieskich. W noc pełni nie ma miejsca dla ludzi. Leonard nie powinien tam być. A jednak był i był świadkiem pięknego widoku. Gdy syrena wypłynęła na ląd i zamieniła się w kobietę. Kobietę o nie zwykłej urodzie. Piękną kobietę. Leonard jak zaklęty zbliżył się do niej. Mimo, że był człowiekiem także był na swój sposób piękny. Syrena zauważyła to i zakochała się w mężczyźnie bez pamięci. Dziewięć miesięcy później wydała mu na świat córeczkę. Nazwali ją Aqua, czyli woda. Dziewczynka nie miała rybiego ogona, więc nie mogła mieszkać z matką. Widywała ją raz w miesiącu w dzień pełni. Kiedy Aqua miała dziesięć lat, za jej matką, Mare (morze), podążyła rada syren. Odkrywszy, że ma ona dziecko z człowiekiem, zabili ją. Od tego dnia Aqua spędzała każdą pełnię nawołując matkę. Dziewczynka kochała pływać, a kiedy miała piętnaście lat, razem z ojcem odkryła, że potrafi oddychać pod wodą. Nie mówiąc nic ojcu wyruszyła na poszukiwania matki. Zamiast niej znalazła miłość. Zakochała się z wzajemnością w pewnym syrenie. Powiedziała o tym ojcu, ale ten za bardzo kochał Aquę, żeby pozwolić jej odejść. Uwięził ją w sadzawce obok domu, by mogła pływać. Dziewczyna była nieszczęśliwa. Co noc śpiewała smutne pieśni, a pewnego dnia po prostu wyparowała, zamieniając się wodę, by na zawsze móc być ze swoim ukochanym.

sobota, 26 września 2015

Miniaturka: Nowy dzień Charlotte

 W tym czasie oczekując na 19...
Jutro się pojawi, a dziś...

Błędy popełnia się łatwo, wiesz? Robisz coś, potem dopiero myślisz, a kiedy dopadają cię konsekwencje plujesz sobie w brodę, że nie postąpiłaś inaczej. Byłam głupia. Żyłam w moim fikcyjnym świecie, w którym wszystko było idealne. Ale w realu nic nie było dobre, chyba że na pozór. Zaczęło się od zerwania z chłopakiem, potem wielka niespodzianka, że jestem adoptowana. Marzyłam tylko o jednym. Żeby uciec.

Mówiłam ci. Byłam głupia. Wnioskują z tego, zapewne już wiesz, że to zrobiłam. Taka prawda. Skorzystałam z okazji odnawiania budynku. Zeszłam po rusztowaniu. Wcześniej ukradłam kartę kredytową, mojej naiwnej "mamusi". Znałam PIN, ponieważ ta idiotka mi go powiedziała. Uwierz, istnieją ludzie głupsi niż buty. Wracając, zapewne zastanawiasz się jak to się stało, że teraz siedzę naprzeciwko ciebie z tymi szpiczastymi uszami i obżeram się tak hamburgerami? Było to tak, że kiedy pracowałam w barze, tak jak ty, przyszedł pewien klient. Wiem, przewijało się ich tysiące, ale zrozum. Ten miał w sobie to coś. Rozumiesz? A najlepsze co mi powiedział:

Dzisiaj jest nowy dzień, Charlotte.

Na początku nie rozumiałam o co mu chodzi, ale po głębszej rozmowie, takiej jak ja prowadzę teraz z tobą, nie zwracajmy uwagi, że to tylko mój monolog, okazało się, że wiesz kim jest? Elfem. Prawdziwym elfem. I zapytał mnie:

Czy chcesz wykorzystać ten nowy dzień na nową przygodę, Charlotte?

Tak słodko wypowiadał moje imię, że dlaczego miałabym się nie zgodzić? No i to zrobiłam, miałam dość pracy za barem. Wtedy nie wiedziałam, że już nigdy nie zobaczę moich przyjaciół. Przynajmniej oni nie zobaczą mnie. Ja ich widziałam. Wiesz, pamiętają o mnie. Tęsknią. Kocham ich nadal. Mimo, że minęło dziesięć lat. Ja się nie starzeję, ale oni owszem. Patrzę na nich często, czasem nawet nie wiem dlaczego odeszłam. Czasem chcę wrócić, ale za bardzo kocham mojego Jace. To ten elf. Nie potrafiłam bym od niego odejść, więc nawet mnie do tego nie namawiaj, okay?

Życie w świecie elfów nie jest proste, ale sobie poradziłam. Gdyby nie Jace, pewnie by mnie tu nie było. O wilku mowa, idzie. Więc zapomnij, że mnie spotkałaś, ale zapamiętaj, nie warto uciekać, Elise. Na tym świecie tak wiele osób cię kocha, za wiele, żebyś je zostawiła.

- Idziesz, Charlotte. - To imię brzmi tak pięknie w jego ustach. Kiwnęłam głową i zostawiłam pieniądze na ladzie, szepcząc do Elise, żegnaj. W sercu czułam, że się jeszcze spotkamy.

 

czwartek, 24 września 2015

Pół roku bloga!

Kochani jesteście tu ze mną już pół roku!
Tak się cieszę, że tyle wytrzymałam, ale czas bywa ciężko.

Rozdział z okazji półrocza pojawi się w weekend. Będzie to 19-20. Albo dwa krótkie lub jeden długi.
Na wasze blogi wrócę wkrótce, na razie naprawdę nie leżę na łóżku i odpoczywam. Mam strasznie dużo nauki w gimnazjum.

Pozdrawiam
- A

niedziela, 13 września 2015

Rozdział 18

 Miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty.
To też nie diabeł rogaty.
Ani miłość kiedy jedno płacze
a drugie po nim skacze.
Miłość to żaden film w żadnym kinie
ani róże ani całusy małe, duże.
Ale miłość - kiedy jedno spada w dół,
drugie ciągnie je ku górze...
Happysad - "Zanim pójdę"
 
~Narracja trzecioosobowa~
- Powiedz mi gdzie to trzymacie! Daj mi to, a żadnego z wam nie ukarzę. - Powiedziała dyrektorka. Chłopak spojrzał na nią jak na wariatkę. - Nie mów mi, że to nie wy to zabraliście. - Zdenerwowała się. - To jest ważniejsze niż wam się wydaje!
- Masz rację. Nie powiem ci, że nie mamy z tym nic wspólnego. Wzięliśmy to, ale nie masz na to żadnego dowodu. - Żachnął się blondyn. Przypomniało mu się coś nagle. - Za to ja mam na wiele twoich podstępów. Zamierzasz kiedyś powiedzieć, że to już trzecie wybory, które wygrałaś nieuczciwie. - Kobieta otworzyła usta zszokowana.
- Nie możesz. - Wychrypiała. Rozbawiła Alexa.
- Mogę wszystko, Delimo. - Udał zamyślonego. - Hm... Może zacznę od tego, że zabiłaś moich rodziców. - Chciała coś powiedzieć, nie dał jej. - A mnie wychowałaś tylko dla tego, że zrobiło ci się żal. Żal cholernego niemowlaka! - Krzyknął ze łzami w oczach. - Jesteś suką, Delimo. Grzechy twojej przeszłości w końcu cię dogonią. Delimo, a może Camille? Wstydzisz się własnego imienia. Powiedz mi kim jesteś innym jak nie idiotką! - Wyszedł trzaskając drzwiami, zostawiając kobietę samą ze łzami w oczach. Podwinęła długą szatę i usiadła na parapecie, jak za dawnych, dobrych czasów. Znów miała szesnaście lat. Siedziała na parapecie w swoim pokoju, który mieścił się na poddaszu. Był to zwyczajny pokój nastolatki. Obrazy i obrazki wisiały na ścianach. Zbliżała się północ. Wszyscy w domu spali, a ona czekała. W ciemności nie mogła dostrzec wskazówek zegara, więc liczyła czas uderzeniami serca. Bum, bum, bum. I jesteś coraz bliżej, żeby stąd wyjść. Bum, bum, bum. Pamiętaj, że już nie wrócisz. Bum, bum, bum. Chcę tego, chcę.  Bum, bum, bum. I jest on w drzwiach. Bum, bum, bum. I ty zaraz się w nich znajdziesz. Bum, bum, bum. I nie ma odwrotu...
- Jesteś gotowa? - I go widzisz. Król przed tobą stoi. I się kłania. Blond włosy do pasa, niebieskie oczy w mroku lśniące. I to zdecydowane spojrzenie... Och, każdej by serce szybciej przyśpieszyło, gdyby przed sobą zobaczyła króla elfów największego. Powitajmy, Thranduila. 
- Tak. Przemyślałam tu. Nie śpię parę dni, tyko myślę. Jestem naprawdę pewna. - Ona wstaje. Podchodzi do swojej biblioteczki i chwyta książkę. - Tylko to chcę zabrać. - Wyjmuje list i kładzie go na łóżku. Już widzi jutrzejszą scenę, kiedy jej rodzina zobaczy ten list i pogrąży się w rozpaczy, ale ona będzie wtedy już daleko, daleko, daleko. Już nie będzie liczyć bum, bum. bum. Bo nie będzie czego. Będzie wieczna. Już jutro nie będzie Camille Magielline. Już dzisiaj, już przecież po północy. Będzie wolna. Nie będzie czarownicą, tylko elfką. Tym czasem bierze ze sobą książkę, z dedykacją. Ni to z sentymentu, ni to do wyrzucenia. Potrzebują siebie na wzajem. A w środku słowa: Dla Camille, naszej kochanej córeczki. Niech te baśnie przepełnią twoją głowę nowymi pomysłami. Mama i tata. A na łóżku leży list z tylą jedną plamą, plamą na słowach nie wrócę. Plama, od mokrej łzy. I już jej tu nie ma. Odeszła na zawsze. Do widzenia. 
Nie czekajcie, bo nie wrócę. Jestem jak motyl, nie uchwytna. Nie złapiesz mnie, choćbyś bardzo chciał, a jeśli to zrobisz to i tam umrę w tej klatce po jednym dniu. Kocham. - Camille
Razem uciekli. A to się zdarzyło ładnych "parę" wieków temu, a może dawniej. Może historia ta powinna zacząć się od dawno, dawno temu i jeszcze dawniej. Dziewczyna uciekła do Mrocznej Puszczy, a jakieś dwa tysiące lat później dostała zadanie, by udać się z powrotem do Salem.
- Co powiesz na to, że nic o mnie nie wiesz. Że to nie moja prawdziwa twarz. Że mimo starego wieku moja twarz jest młoda. - Wyszeptała szatynka. Zamknęła oczy i deportowała się. Znajdowała się w swoim strarym pokoju, w dworku na odludziu. Wyjęła spod łóżka stary portret, na którym była ona, jej rodzice i rodzeństwo. A z tyłu podpis, Rodzina Magielline, lipiec r. 340 n.r (dopisane przez nią - dop. autorka). Zdjęła maskę i teraz na podłodze klęczała młoda szatynka zamiast starszej kobiety. I płakała. Płakała głośno, bo wszystko straciła. Wcześniej jako nastolatka rodziców, później jako elfka przyjaciela, który wybrał władzę, a teraz jeszcze zaufanie ucznia. Na domiar złego miał rację. Zabiła ich, zabiła jego rodziców. A jego wzięła z czystej litości. Przepraszam, ale kochałam...
~Narracja trzecioosobowa~
Ronald Weasley przemierzał korytarze Ministerstwa magii. Powrócił tu po kilku letnim pomaganiu Georgowi w prowadzeniu Magicznych Dowcipów. Odzwyczaił się trochę od tych korytarzy... A może nie!? A może nie jesteśmy tymi, za których się podajemy? Nie ważne. Rudzielec otworzył drzwi do swojego gabinetu. Zaskoczenie. W gabinecie siedzi ktoś znajomy. 
- Pani profesor... - Wymamrotał zaskoczony, ale  szybko się poprawił. Wyprostował plecy i wyjął ręce z kieszeni. - Miło panią widzieć. - Skłonił się nisko. 
- Ciebie też, Ronaldzie. Ciebie też. - Miała zmartwioną minę. "O co chodzi?" pomyślał Weasley. "Na pewno o nic dobrego." Miał rację. - Szkoda, że przy takich okolicznościach. 
- Co się stało? Niech pani mnie pani. Chodzi o kogoś z mojej rodziny. - Zaniepokoił się. Kobieta wstała i podeszła do byłego ucznia. Położyła mu ręce na ramionach.
-  Chodzi o twojego siostrzeńca. James jest w ciężkim stanie. Zwróciłabym się do Harry'ego. - Podkreśliła ostatnie słowo znacząco. - Ale on mu raczej nie pomoże. Widząc zdecydowaną minę aurora, dodała. - Jest w Skrzydle Szpitalnym. - I deportowała się. Mężczyzna wziął fiolkę z eliksirem i włożył ją do torby. Miotła w dłoń. I już jesteś w Hogsmead. Wsiadł na miotłę i już leciał, jak niegdyś, kiedy był mały i nic nie wiedział o życiu. Kiedy był szukającym. Kiedy pędził po przypominajkę Nevilla. Tak dawno nie widział Hogwartu, a jego serce płakało z tęsknoty za tym miejscem. Jedno z okiem w Skrzydle Szpitalnym było otwarte. Podleciał do niego i wgramolił się do pomieszczenia. Niestety potknął się przy okazji i spadł na podłogę. Podniósł się z bólem. 
- Nie te czasy. Już nie te czasy. - Mruknął do siebie, a w pomieszczeniu rozległo się jęknięcie. Ale nie wydobyło się z jego ust. W pomieszczeniu był tylko James Potter. Zaintrygowany mężczyzna rzucił się pędem w stronę głosu. Po drodze spojrzał na zegar. Zostało pięć minut i elikir przestanie działać. Stanął przy łóżku chłopaka. - Obudź się, proszę. - Jak za dotknięciem Czarnej Różdżki chłopak otworzył oczy. Część James. - Powiedział czarnowłosy. Zaraz! Czarnowłosy?!
- Wujek? - Zapytał najpierw chłopak. ale potem zmarszczył czoło. - Tata? 
- Cześć synu. Miło cię widzieć. - Uśmiechnął się. - Kocham cię. I twoją mamę i Albusa, i Lily. A tamten człowiek... Tamten człowiek to nie ja. Ale nikt nie może o tym wiedzieć. Obiecaj mi James. 
- Hmm. - Mruknął chłopak. Nie może ufać temu człowiekowi, a może jednak... Już sam nie wiedział. A może to po prostu sen. Ale szansa jest tylko jedna. - Obiecuję. 
~Alicja~
Jedną z wielu rzeczy, która mnie przeraża jest czas. Nie możesz obrócić się za siebie, bo on już wysypuje się z twoich zaciśniętych dłoni jak piasek. Mam dość tego. Chciałaby upaść i już nie musieć się podnieść. Móc po prostu się zatrzymać i płakać nad sobą. Więc dlaczego tego nie robię? Bo to nie ja. Nie podobały mi się bajki, w których dziewczyny musiały być ratowane, bo same nie potrafiły sobie poradzić. Właściwy czas na zmienianie tych stereotypów. Po każdym upadku trzeba się podnieść i iść przez życie z nową siłą. Ale ja już nie miałam siły do tych głupich karteczek! Co te wierszyki mogły znaczyć. Przestałam przez to spać. Myślałam tylko i wyłącznie o tym, nie mogłam skupić się na lekcjach i przyjaciółkach. A czas uciekał mi przez palce. I tak oto minęły dwa tygodnie od meczu. Rose wyszła ze skrzydła szpitalnego, ale James nadal się nie obudził. Cała szkoła, włącznie z nauczycielami, zastanawiała się kto jest cudownym wybawicielem Davis. Jej matka powiedziała, że da tej osobie jakiś prezent, za uratowanie córki. Nie zgłosiłam się. Jeszcze, żeby wszyscy wiedzieli, że uratowałam osobę, która mnie nienawidzi. Nie mogą wiedzieć, że tak łatwo przebaczam. Teraz robiłam sobie Elikir Słodkiego Snu. Gotowy. Położyłam się na łóżku, wypiłam go duszkiem i nareszcie zasnęłam...
Byłam na jakiejś polanie. Przede mną rozciągał się las. Prowadziła do niego jedna ze ścieżek. Druga prowadziła chyba na jakąś polanę. Ta pierwsza była mroczna i ciemna, a ta druga jasna i błoga. Pomiędzy nimi była tabliczka, a na niej napis: Pozory mylą. 
Pozory mylą. Łatwo powiedzieć. Ale przecież to sen. Mogę zrobić coś i to nie będzie miało nic związanego z moim życiem. Mam 14 lat! Przyda mi się coś takiego. Do tego to chyba świadomy sen. Mogę wybrać co chcę robić. Którą ścieżką iść? Pozory mylą... W tej sytuacji oznacza to, że biała ścieżka może mnie zwieść, a czarna? Może jakoś mi pomoże? Idę. Weszłam w las, mroczny las. Na sam widok tych pajęczyn, nietoperzy i ciemności aż dreszcz cię przechodził. Jednak szłam dalej. W końcu z jakiegoś powodu jestem w Gryffindorze co nie? Pisnęłam, kiedy obok mojej głowy przeleciał nietoperz. Jedak szłam dalej. Nie traciłam nadzieii. Nagle zobaczyłam światełko w tunelu. W tym przypadku była to szczelina w ziemi w Alicji w Krainie czarów. Tyle, że nas łączy tylko imię. No to hop! I skoczyłam. Lot trwał dosłownie sekundę. Wylądowałam na jakiejś polanie. Wokół mnie rozciągały się różne trawy i kwiaty. A w linii przede mną stał mężczyzna w czarnym ubraniu. Miał czarne włosy i bladą cerę. Na mój widok zaczął recytować.
-  Demon chciał zebrać swe żniwa. Więc powrócił na ziemię. Ostatki dobrych ludzi wzięli sztylet anioła. I przebili demona, który po tym był znany jako skrzydlaty demon. - Wypowiedział mechanicznie. Westchnęłam zirytowana.
- Łatwo ci mówić. - Mruknęłam, ale nie spodziewałam się odpowiedzi.
- Dlaczego? To bardzo proste. - Wstałam z ziemi przerażona i zaintrygowana. 
- To nie jest bardzo proste. To bardzo trudne. Bardzo długo się nad tym zastanawiam. I nadal nic nie wiem. Nadal uważasz, że to takie proste? - Zapytałam. On się uśmiechnął.
- Jesteś mało inteligentna. - Co za idiota. Co on o mnie wie, żeby tak mówić?
- A ty jesteś idiotą. Nic o mnie nie wiem, a mnie oceniasz! - Nagle mężczyzna zaczął bledąć.
- Jestem demonem, ale zaraz stanę się aniołem. Posłuchaj mnie uważnie. - Skinęłam głową i zamieniłam się w słuch, ale nie przerywałam mu. - Odpowiedź na jedną z zagadek znajdziesz w czymś najcenniejszym. Natomiast na drugą w czymś wiecznym. Powodzenia! - Był już prawie niewidoczny, a jego głos zaczął cichnąć. 
- Wrócisz jeszcze? - Krzyknęłam na odchodne pełna strachu. Czułam z nim jakąś więź, której nie potrafiłam opisać. Już myślał, że zniknie i mi nie odpowie. A jednak.
- Widzisz mnie częściej niż być chciała! - I zniknął. Ja też zaczęłam się wybudzać.
Nie spodziewałam się, że śpię tak długo. Był już wieczór. Przeczesałam włosy ręką i zastanowiłam się nad tym snem. Coś mi mówi, że to nie był przypadkowy sen. Zastanowiłam się nad słowami chłopaka. Widzisz mnie, coś cennego, coś wiecznego. To chyba najważniejsze z tego co powiedział. Pogłówkowałam chwilę i już znałam odpowiedź na jedno z tych wyrażeń. Clarissimae librorum - Najcenniejsza z ksiąg. Tak mówią na Księgę Baśni z Salem. Pobiegłam prosto do biblioteki. 
~Rosemary~
Nadal myślałam o dniu meczu. Nie mogłam się uczyć, śmiać, czy wykonywać innych normalnych czynności. Miał to być jeden z najlepszych dni mojego życia, a skończył się trwałym uszkodzeniem kości. Pani Pomfrey powiedziała, że może nie będę mogła więcej grać w Qiudditcha. Niestety, ale nawet w świecie magii wszystko nie jest możliwe. Gdyby było ja śmigałabym na miotle razem z Jamesem i Davidem. Ach, James. Martwię się o ciebie przyjacielu. Tak długo już leżysz w tym Skrzydle Szpitalnym. James i David. Moi pierwsi prawdziwi przyjaciele. Wcześniej znałam tylko ludzi, którzy podawali się za moich przyjaciół. Dziś się nimi brzydzę...
Moje koleżanki mieszkały w centrum Little wand. Kiedy miałam sześć lat wprowadziłam się koło jednej z nich, liderki grupy. Mówiła mi, że będziemy przyjaciółkami i tak było. Na początku. A z wiekiem zaczęły stawać się okrutniejsze. Zaczęły traktować mnie jak psa. 
- Rose przynieś, Rose zrób to. - Mówiły tak. A ja to robiłam, bo byłam tylko małą, nieśmiałą Rose. Bałam się im sprzeciwić. Zniszczyłyby za coś takiego. Powoli zaczynałam je nienawidzić, ale nadal bałam się im tego powiedzieć. Ich obelgi były coraz bardziej bolesne. 
- Jesteś beznadziejna! Zepsułaś to! Wymyśliłam dla ciebie ksywę. Będziesz Jeleniem! - Czasem doprowadzały mnie do płaczu. Bałam się ich. Ale one miały iść do innej szkoły magicznej. Do Francji. Hogwart miał być moim wybawieniem. I nim się stał. One chciały mnie zniszczyć, ale stworzyły ze mnie najlepszą broń.
To dlatego tak reaguję na Alicję. Przypomina mi główną księżniczkę tej grupy. Tą najgorszą i najwredniejszą ze wszystkich, Sashę. Jeśli bym je teraz zobaczyła, potrafiłabym zrzucić je z Wieży Astronomicznej. Je, a nie siebie. Tak, takie myśli chodziły dziesięcioletniej mnie po głowie. Mam teraz psychiczny uraz do końca życia i nie mogę wybić sobie z głowy, że jestem tą najgorszą. Tą, która zawsze wszystko niszczy. Dlatego tak cenię sobie przyjaźń z chłopakami. Są dla mnie największym oparciem. Dzięki nim nie upadnę.
~Alicja~
Znalazłam w tej bibliotece egzemplarz Baśni. Dziwne to trochę, bo co baśnie z Salem robią w bibliotece Hogwartu. Nie znam odpowiedzi na to pytanie, szczególnie, że popularnych historii z innych krajów nie było. Otworzyłam księgę na pierwszej stronie. Spis treści. Jaka historia może być odpowiedzią. Najprędzej chyba "Jak powstało dobro i zło?". Jak byłam mała to była moja ulubiona opowieść. Czyżby w niej była odpowiedź. Byłoby to dziwne, ale wszystko jest możliwe. Mimo, że znałam te Baśnie prawie na pamięć postanowiłam przeczytać to jeszcze raz, uważnie. Zwracając uwagę na najbardziej nie istotne szczegóły.
Dawno, dawno temu, kiedy osada ta nie była jeszcze zwana Salem, mieszkała w niej pewna rodzina. Mięli oni tylko dwoje dzieci, albowiem ich matka nie mogła więcej zajść w ciąże. Miała z tym problemy też wcześniej, dlatego nazwała swoje dzieci Angle i Abraham, w podzięce za wysłuchanie próśb. Angle i Abraham było dziwnym rodzeństwem. Ona miała cerę w kolorze słońca, blond włosy i zielone oczy. On natomiast miał czarne włosy i tak samo ciemne włosy, a jego cera niezdrowo biała. Dorastali oni w zgodzie, ale w pewnym momencie zaczęło się pomiędzy nimi coś psuć. Ona była posłuszna i była na każde zawołanie rodziców, on natomiast chciał być buntownikiem.  Było to dziwne w tamtych czasach, ale jednak zdarzało się. Jego ojciec, Roster wyraźnie pokazywał, że bardziej kocha swoją córkę. Pewnego dnia w napadzie wściekłości powiedział nawet, że wygoni go z domu jeśli nie zacznie zachowywać się tak jak siostra. Wściekły za pomocą podstępu chciał utopić siostrę. Ale jej krzyk usłyszał miejscowy rybak. Zabił jej brata uderzając go kamieniem w głowę. I od tego czasu wszyscy nazywali go Damon. Za to chciał zrobić. Angle natomiast została wydana za rybaka, ale nie była szczęśliwa. Urodziła mu troje dzieci, a kiedy była wystarczająco zdesperowana popełniła samobójstwo. W dzień rocznicy brata. Mimo to ludzie nadal uważali ją za istnego anioła. I tak oto ta historia była przekazywana. Oni podzieli świat na dobro i zło. Angle ta dobra. Damon ten zły. Koniec. 
Nie znalazłam w tym odpowiedzi, ale na nowo zakochałam się w tej baśni. Jedno mnie zaintrygowało, czy chłopak, z którym rozmawiałam to Damon. A czy "Pozory Mylą" wcale nie chodziło o ścieżkę tylko o coś innego. O nich. Może Damon był dobry, a Angel zła. Czuję, że się przekonam. I to niedługo.
~Narracja trzecioosobowa~
Kiedy Chloe miała pięć lat, Ministerstwo Magii zidentyfikowało jej matkę jako okrutną Śmierciożerczynię. Skazali ją na okrutną śmierć. Pocałunek dementora. Nie osądzili o nic jej męża i córki, ale żeby bardziej bolało kobietę, rozkazali być dziewczynka na to patrzyła. I tak się stało. Jej mama krzyczała coś czego ona nie rozumiała. A potem krzyczała z bólu, kiedy dementor wykonywał swoją powinność. Mała blondynka krzyczała i płakała, a kiedy jej matka upadła na ziemię, podbiegła do niej by ją przytulić. Ale dla tamtej było już za późno. Była zimna i martwa. Chloe poprzysiągła zemstę, ale od tego czasu panicznie boi się dementorów.
~♥♥♥~
Przepraszam was, że mam opóźnienia u was w rozdziałach.
Przepraszam, że nie odpowiadam na komentarze.
Przepraszam, że ostatnio jestem taka beznadziejna.
Przepraszam, że ostatnio ciężko być zadowolonym z moich rozdziałów.
Przepraszam, że was ciągle zawodzę.
Ale nie przeproszę, że nie odchodzę.        
Pozdrawiam 
- A 

...
A tak na serio to:
Rozdział mi się podoba, mimo że jest napakowany wspomnieniami.
Epizdoczynie pojawiło się coś o Chloe.
Zbliżamy się także do pół rocza bloga.
Pozdrawiam - A