poniedziałek, 14 grudnia 2015

Rozdział 22

"Nienawidzę cytatów"
- Ralph Waldo Emmerson

Z góry przepraszam za mały tekst, ale coś się spieprzyło i dało się poprawić

Podróż minęła mi spokojnie. Jeśli spokojnie uznaje się, kiedy dosiada się do ciebie jakaś małolata i gada coś ciągle do siebie. Tak, normalka. Zastanawiałam się czy nie uciec przez okno, ale musiałaby dalej iść na piechotę. A to nie wchodzi w grę. Wsiadając w poranny pociąg nie przemyślałam jednej rzeczy. Nikt po mnie nie przyjechał! Stałam piętnaście minut na stacji rozglądając się wkoło za moją rodziną. Zapomnieli o mnie. Zdesperowana usiadłam na kufrze. W Salem uczono już nas teleportacji. Pamiętam ten dzień, kiedy omal nie zabiłam mojej najlepszej przyjaciółki. Teleportacja to na pewno nie jest moja mocna strona. Rozmyślając wpatrywałam się w ziemię. 
- Hej! - Krzyknęłam kiedy ktoś zasłonił mi światło. - Możesz się odsunąć. Zasłaniasz... - Nie dokończyłam. Przede mną stała dziewczynka z pociągu. Przerażona zerwałam się do pozycji stojącej. Odruchowo także się cofnęłam. Pominęłam tylko jedną istotną rzecz. Za mną stał kufer, a kiedy się cofnęłam potknęłam się o niego. Witaj podłogo. Tęskniłam za tobą.
- Potrzebujesz pomocy? - Zapytałam dziewczynka śmiejąc się głośno. 
- Nie. - Warknęłam i podniosłam się na łokciach. Bez wątpienia było to to samo dziecko. Przyjrzałam jej się uważnie. Ach tak, nic dziwnego. Zielono srebrny szalik oraz płaszcz z godłem, na którym widniał wąż. Slytherin. Prawdopodobnie pierwszoroczna. Przekręciła głowę na bok i przyjrzała mi się uważnie. 
- Jesteś pewna? - Zapytała z przebiegłym uśmieszkiem. Jej zielone oczy zdradzały rozbawienie. Podniosłam się wreszcie z ziemi. To dało mi przewagę nad dziewczynką, która miała niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu. Musiała mocno zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mi w oczy.  - Chyba nikt po ciebie nie przyjechał. - Teatralnie rozejrzała się po pustym peronie. Westchnęłam cicho. Dobrzy ludzie dajcie mi cierpliwość. - Mogę cię podwieźć. - Wybuchnęłam głośnym śmiechem. Brunetka patrzyła na mnie wściekle. Najwidoczniej nie lubi jak się ją wyśmiewa. 
- A co ty możesz zrobić? - Zapytałam. - Może teleportujemy się razem. Przecież takie dzieci jak ty są tego nauczane od przedszkola. - Bladą twarz dziewczynki pokrył rumieniec wściekłości. Złapała mnie za rękę tak mocno, że nie mogłam się wyrwać. - Co ty robisz?! - Krzyknęłam, a nagle poczułam szarpnięcie w okolicach brzucha. Chyba właśnie się teleportowałyśmy. Mój żołądek wyszedł na spacer, żeby odwiedzić gardło. Zgięłam się w pół, kiedy dziewczynka wreszcie puściła moją rękę. Zakręciło mi się w głowie i upadłam. Dwa spotkania z ziemią w ciągu jednego ranka. Na pewno będzie to udany dzień. Na moje szczęście nie zjadłam dziś dużo, więc nie miałam co zrzucić. Wdech i wydech. Po jakiś piętnastu minutach wszystko wróciło na swoje miejsce. Otworzyłam oczy. Zupełnie zapomniałam o obecności Ślizgonki. Chwiejnie podniosłam się z ziemi i wyminęłam ją ruszając w stronę mojego domu. 
- Nie musisz dziękować. - Powiedziała cicho, ale na tyle głośno, że ją usłyszałam. Drogie dziecko. Bardzo dziękuję za próbę zabójstwa mnie. Współczuję, że się nie udało. Może da radę następnym razem. Przewróciłam oczami i ruszyłam w stronę domu z oryginalnym, zielonym dachem. - Jestem Clara. - Powiedziała,a po chwili usłyszałam cichy trzask towarzyszący teleportacji.  Domy w Dolinie Godryka mają bardzo charakterystyczny wygląd. Zazwyczaj mają czerwony dach, a ściany są drewniane lub jasne. Mój dom wygląda zupełnie inaczej. Ciemnozielony dach i ciemne ściany. Całą posiadłość spowijał tajemniczy mrok. Tak, to na pewno mój dom. Otworzyłam furtkę i weszłam na podwórko, a potem szarpnęłam za klamkę. Zamknięte. Nikt nie spodziewał się mnie tak rano. Moja bardzo pracowita rodzinka nadal śpi sobie smacznie w łóżeczkach. Hello, wróciłam! Wyjęłam różdżkę z kozaka (nie ma to jak oryginalne sposoby) i wycelowałam nią w zamek. Czas pokazać czego nauczyłam się na zaklęciach.
- Alohomora*. - Powiedziałam w myślach, a zamek ustąpił. Dumnym krokiem wkroczyłam do mieszkania. Zdążyłam minąć próg, kiedy niewidzialna siła odepchnęła mnie mocno. Obecnie leżałam w roślinach mojej mamy. 
- Ali?! To ty?! - Krzyknął mój brat. Widząc go wybuchłam śmiechem. Stał po środku korytarza w samych bokserkach w misie. Spojrzał na swój ubiór i zrobił głupią, zawstydzoną minę.
- Co słychać, Ali? - Zapytała szatynka, która właśnie zbiegła po schodach. - Serio Ian. Misie? -  Moja siostra, która zawsze była pełna ironii.
- A nic. Tak sobie tylko podziwiam kwiaty. - Odpowiedziałam wskazując moje otoczenie. Mój kochany braciszek stał z zaciśniętymi ustami, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
- Ian, idź się ubierz, bo zaraz zawołam twoją dziewczynę. - Rzuciła Mad, a chłopak zaczerwienił się. Wysyczał przez zaciśnięte zęby:
- To. Nie. Jest. Moja. Dziewczyna. - Zaczął powoli wycofywać się z drzwi.
- Tak, tak. Ale bardzo byś chciał, żeby nią była. - Kiedy szatyn zniknął za rogiem, a przynajmniej tak mi się wydawało, dziewczyna zbiegła po niskich schodkach i  w paru krokach znalazła się przy mnie. Pomogła podnieść mi się z ziemi i od razu mnie przytuliła.
- Tęskniłam. - Wyszeptałam w jej włosy, a po chwili usłyszałam cichą odpowiedź.
- Ja też. - Kiedy się odkleiłyśmy od siebie, podążyłyśmy do domu. - Zasłużyłaś na herbatę.
Tym sposobem piętnaście minut później siedziałam w fotelu, który był większy ode mnie - tak na marginesie.  W dłoni trzymałam gorący kubek herbaty.
- Jak tam w pracy? - Zapytałam upijając łyk ciepłego napoju. Od razu tego pożałowałam. Był tak gorący, że zaczęłam skakać po całym pokoju, wykonując przy tym dziwaczne ruchy.
- Potraktowałaś ją Cruciatusem**? - Do salonu wszedł mój brat, tym razem ubrany. Maddie pokręciła głową. - Tak... Nie ma to jak w domu. - Uśmiechnęłam się do niego zgryźliwie. - A tak na serio, siostrzyczko czy są w tej twojej szkole jacyś nachalni chłopcy? Bo dawno nikogo nie uderzyłem. - Roześmiałam się głośno, tak samo moja siostra. Taki brat to skarb. Mimo, że żartował, jestem pewna, że bez zastanowienia zrobiłby coś takiego. Nagle usłyszeliśmy kroki na górze. Ktoś nieśpiesznie idzie do nas. Chyba jest zły. Dwudziestolatka, siedemnastolatek i czternastolatka rzucili się pędem do drzwi. Po drodze złapaliśmy tylko kurtki. Wybiegliśmy na białą ulicę i powoli sunęliśmy drogą Doliny Godryka. Podczas spaceru dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się, wspominaliśmy. To coś czego szczególnie brakuje mi w Hogwarcie. Kiedy uczyłam się w Salem wszystko wyglądało inaczej. Brat odwiedzał mnie przynajmniej raz w tygodniu. Siostra też wpadała od czasu do czasu. Te chwile już nie wrócą. Idąc tak zauważyłam znajomą twarz. James, Albus, jakaś dziewczynka i czarnowłosy mężczyzna bawili się na dworze. Bez pytania wiedziałam, że to rodzina Potter'ów. Poznałam Harry'ego Pottera, który pobił swoją córkę. Teraz wyglądali na szczęśliwą rodzinkę. Co się zmieniło? Nagle James podniósł głowę i zobaczył mnie. Miałam ochotę odwrócić wzrok, jednak tylko pomachałam. Nasz "krótki spacer" trwał jakieś dwie godziny. Kiedy otworzyliśmy drzwi i weszliśmy do salonu
czekała na nas niespodzianka. Na kanapie obok moje mamy siedziała dziewczyna. Moja kuzynka. Kiedy mama mnie tylko zobaczyła, podbiegła do mnie i przytuliła mnie. 
- Tęskniłam. - Mruknęła mi do ucha. Potem przywitałam się z tatą, oczywiście mniej słodko. Aria spojrzała na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami. Przytuliła mnie, tycio za długo. Mówiła krótko.
- Chcesz być chrzestną? - Moje oczy gwałtownie się powiększyły, dosłownie. Serce prawie wyleciało mi z piersi. W gardle uwiązł krzyk. A na ustach pojawił się ogromny uśmiech. Zdołałam tylko pokiwać głową.
- Czy ty... - Wydukałam ledwo, a ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Drugi miesiąc. - Zaczęła piszczeć z radości. Arię znam od zawsze. Jest tylko o miesiąc starsza od Madeline. Każde wakacje spędzała u nas, gdzie bawiliśmy się we czwórkę. Teraz ma dwadzieścia lat, a nadal przyjeżdża do nas na wakacje. Nigdy nie spodziewałam się, że mi powie coś takiego. Zawsze była taka... nie chętna. Chciała się wykształcić, żyć porządnie i tak dalej. Z tego co pamiętam to nawet nie ma męża, nie słyszałam też nic o chłopaku. Kuzynka objęła mnie ramieniem i zwróciła się do mojej rodziny, a właściwie rodzeństwa. Za jej plecami nagle stanął jakiś mężczyzna. Wysoki, dobrze zbudowany blondyn. 
- Serdecznie chcielibyśmy was zaprosić na nas ślub. - Powiedziała radośnie, a chłopak wyciągnął zaproszenia. - Och, Ali. Nie znasz jeszcze mojego narzyczonego i ojca Gabrielle. To Andrew. - Podałam mu rękę i wymieniłam kilka słów, kiedy Aria mówiła, że jest w ciąży. Jak można się spodziewać, świadkową została Madeline. Czułam się tak jak dawniej. Jak w domu. Prawdziwym domu.

Wigilia w moim domu zawsze kojarzyła się z czymś cudownym. Z tą nie było inaczej. Była ona jeszcze lepsza, nie tylko z powodu Arii i Andrew, którzy zostali na wigilii. Także dzięki temu, że już tego nie miałam. Salem i tamtejsze tradycje zostały zamienione na Hogwart. Wieczorem, a może w nocy siedziałam w swoim pokoju. Mieścił się on na strychu. Naprzeciwko mieszkał Ian, ale tylko chwilowo, bo jak się okazało wyprowadził się już. Praca Mad rozkazywała jej nadal mieszkać w Dolinie Godryka. Najpiękniejszy prezent jakiś dziś dostałam dali mi Ian i Maddie. Co dostałam? Zbiór Baśni z Salem. Piękna, skórzana okładka, a na niej złoty napis. Otworzyłam księgę na losowej stronie, by móc rozkoszować się choć jedną opowieścią.
Historia o Camille Magielline. 
Camille nie była biednym dzieckiem. Była arystokratką, a może nawet księżniczką. Wydarzenia te działy się w ok. 4 w. n.e. W wieku szesnastu lat ojciec wybrał dla niej męża. Trzy razy starszego, przysadzistego, ale bogatego, co najważniejsze mężczyzny. Już przy pierwszym spotkaniu patrzył się na nią tak, jakby chciał ją pożreć. Ojciec oczywiście chciał jak najlepiej. Mercylien, wydawał mu się uczciwym, dobrym człowiekiem. Camille płakała, błagała, robiła wszystko tylko, żeby za niego nie wyjść. Bez skutecznie. Parę dni przed ślubem uciekła. Jej rodzina przyjęła, że popełniła samobójstwo. 
Baśń wydała mi się niepokojąco krótka. Przekręciłam kartkę. Dwie strony puste. Dotknęłam jej opuszkami palców. Nagle zalśnił złoty tekst, który pojawił się znikąd.
Jej historia jednak tak się nie kończy. Uciekła z księciem elfów i zamieszkała w jego królestwie. Szkoliła się tam. Poznawała tajniki magi i ten tajemniczy język. Z czasem zakochała się w złotowłosym chłopaku. Może z wzajemnością. Jednak jego ojciec nie mógł na to pozwolić. Czym prędzej wygnał dziewczynę, a syna ożenił z księżniczką sąsiedniej wioski. Camille mogła jedynie patrzeć na ślub swojego ukochanego i czuć swe serce, które zamieniło się w proch. Od tej pory dziewczyna nie słuchała już nikogo. Stała się zimna jak lód. 
Tekst znów zamarł, ale ja czułam, że to jeszcze nie koniec. Poczułam dziwną więź z tą całą Camille. Dotknęłam go znowu, a kartka wypluła tylko jedno, zimne zdanie.
Być może dziś znasz ją jako Delimę, dyrektorkę Instytutu w Salem.
Zamarłam. Jeśli to prawda muszę jak najszybciej dostać się do Salem. 
***
Witam was moi drodzy i kochani. 
Wiem, że późno dodaję ten rozdział, ale miał się on pojawić po świętach.
Jak się podoba rozdział. Proszę o komentarze, najlepiej uzasadnione!
Informacja: Święta to czas dla rodziny, więc 23 dopiero po nowym roku.

Rozdział trochę krótki, ale moim zdaniem idealny dla osób, które mają mało czasu.
Już teraz życzę wesołych świąt i pozdrawiam.
L.B.
nig go

* - nie jestem pewna czy to dobre zaklęcie 
** - zaklęcia z Salem biorą się z łaciny, więc nazwa taka sama 

niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 21 - Dodatek do serii

 ~♥♥~
- W jaki sposób nie zabezpieczyliśmy tylnych drzwi? - Po raz kolejny pytał Alex. Westchnęłam tylko zirytowana. Naprawdę nie mam ochoty powtarzać temu pacanowi, że Ali się wyprowadziła. Trudu odpowiedzi podjął się Caleb.
- Bo widzisz, przydałoby się znaleźć kogoś kto obstawiałby tylne drzwi. - Eliz zaczęła protestować i nawet nie dała mu skończyć. Jest jak ogień, a Ana jak woda. W jaki sposób obie są w Bractwie Powietrza*. A jednak urodziły się jako czarownice powietrza. 
- Nienawidzę jej rodziców za to, że ją nam odebrali. - Powiedziałam, żeby przerwać ich kłótnię. - Powinniśmy być lepiej zorganizowani.
- To znaczy? - Dopytała Ana. Sama nie wiem co miałam na myśli. Wzruszyłam tylko ramionami. 
- Moglibyśmy porwać Ali i przywieść ją tutaj. Ukrywałaby się w lesie, a my dawalibyśmy jej jedzenie. - Przyszedł mi do głowy szalony plan, więc zaprezentowałam go przyjaciołom. - Albo po prostu mieszkalibyśmy u niej pod łóżkiem.
- Ja! Ja jadę! Tylko musimy koniecznie wziąć to łóżko, które przytwierdziliśmy do podłogi tajemnym czarem. - Wykrzyknęła Elizabeth. Część z naszej czwórki popatrzyła na nią jak na wariatkę, inna osoba roześmiali się, a Alex jak to Alex zrobił obie te rzeczy. - No co . Obietnic się wypełnia. Było obiecane, że o niej nie zapomnimy, będziemy pisać i bla, bla, bla. Ja obiecałam, że nie pozwolę wynieść jej łóżka. I jak wiadomo nadal ono tam stoi. 
- Van ma dobry pomysł. Ten drugi, kiedy lecimy do Hogwartu? - Spytał Alex.
- Proponuję po świętach. - Dodał Caleb.
- Postanowione! - Krzyknęła radośnie Annabeth. - Lecimy do Hogwartu! - To nie są żarty ani ćwiczenia. To po prostu paczka szalonych przyjaciół z Salem. Z prędkością światła zabraliśmy się do ozdabiania sali, żeby mieć jak najwięcej czasu na planowanie. Hogwart bój się, bo nadchodzimy!
~♥♥♥~
- Witam was na tegorocznym gwiazdkowym przyjęciu! - Wykrzyknęła Delima. Nie potrzebowała zaklęcia podnoszącego ton głosu. Bez niego potrafiła krzyczeć tak, że mogli ją słyszeć w samym Salem, a nawet na Górze Seleny. - Pragnę powitać dyrektora Szkoły czarodziejów im. Siliasa, Carola von de Scroper. Proszę o oklaski dla niego! - Rozległy się niemrawe oklaski. Klaskała tylko dlatego, że tak wypadało. Carol był jeszcze większym idiotą niż Delima. Krążyły plotki, że kiedyś nawet ona wysyłała do niego uczennice, które już nigdy nie wracały. Stąd sądzono, że nie jest człowiekiem albo jest psychopatycznym mordercom. Oczywiście oni szybko zabili tę plotkę. 
- Dzień dobry! - Odezwał się dyrektor chłopaków. - Zgodnie z tradycją, najpierw zostanie odczytana baśń pt. "Wigilia czterech nimf".
Kiedy po świecie krążyły różne nadnaturalne stworzenia, nie bojąc się ujawnienia, żyły cztery nimfy. Były one siostrami. Każda z nich miała osobny dar. Luna (księżyc) potrafiła przewidywać przyszłość. To ona przewidziała powstanie Salem oraz narodziny założycieli. Jej żywiołem była ziemia, co mówi, że była spokojna, ale wytrwała. Stella (gwiazda) potrafiła manipulować emocjami innych. Potrafiła sprawić, żeby najweselsza osoba na ziemi była najsmutniejsza, a najsmutniejsza była najweselsza. Jej żywioł to ogień, była bardzo energiczna, ale też przebiegła i chytra. Stillam (kropla) to powietrze, była bardzo zwinna i zdolna, ale także cechowała ją zazdrość. Jej zdolnościom było latanie, a także niewidzialność. Lubiła chlubić się tymi zdolnościami. Najmłodsza z nich to Snowflake (Śnieżynka). Bardzo piękna, ale skromna, nieśmiała. Woda oczywiście. Potrafiła zamrozić wszystko samym dotykiem. 
W przed dzień świąt Luna miała niewyraźną wizję. Czuła, że wydarzy się coś złego, ale nie była pewna co. Siostry, jak to siostry stwierdziły rywalizować o to, która będzie wyglądać najpiękniej. Przygotowywały się tygodniami, wszystkie oprócz Snowyflake. Ona nie była powierzchowana, liczyło się dla niej to co jest w środku. Mimo to, na święcie to za nią uganiali się wszyscy chłopcy. Jej zazdrosne siostry stały z boku i wszystkiemu się przyglądały. Tragane emocjami i łzami w nocy podcięły najmłodszej siostrze gardło. Jej ciało zakopały w ogrodzie, a jej krew wypiły na znak zwycięstwa. Ale to nie był koniec. Rzeki zostały pozbawione swej pani i zamieniły się w krew, którą wypiły siostry. Rycerz, zakochany w Snowflake doszukał się zdrady i siostry spotkał tak samo zgubny los. Żywioły nie były już takie dobre. Ziemia się trzęsła, żeby pomścić Lunę. Ogień pojawiał się znikąd, żeby zemsta Stelli się spełniła. Huragany porywają ludzi i statki, niszczą budynki, by Stillam zostało pomszczona. Nawet woda jest zdradliwa i topi ludzi, bo zwyczajnie tęskni za Snowflake.
- Koniec. - Wypowiedziała cicho Delima. Nie musiałam słuchać. Znam tę historię na pamięć, ale i tak to robiłam. Baśnie z Salem mają w sobie coś takiego, że za każdym razem chcesz ich słuchać. Są po prostu magiczne. Brzmi to, jakby ten świat nie był magiczny.

* - W Salem Domy nazywane są Bractwa (Bractwo: Ognia, Wody, Powietrza, Ziemi)

niedziela, 8 listopada 2015

Rozdział 20 cz. II

 "To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia."
- Jonathan Carroll
 ***
Około godziny dwunastej zaczęłyśmy się przygotowywać. Molly zaproponowała, żebym korzystała z jej pokoju, tak poszło nam dwa razy szybciej. Ja pomogła przyszykować się Weasley, a ona mi. Tak samo było z Livvi i Manią. Wyglądałyśmy cudownie. Molly na sobie długą, prostą sukienkę, a włosy uczesałam jej w kok. Sukienka Lauren była czarna z szmaragdowymi akcentami i sięgała przed kolana. Włosy zostawiła rozpuszczone. Mary prezentowała się bosko. Długa, do samej ziemi sukienka była w pięknym błękitnym kolorze, a jej włosy choć rozpuszczone, były starannie ułożone. Kiedy pojawiła się Nathalie, okazało się, że też wygląda olśniewająco. Sukienka sięgała jej ledwo przed kolana i miała kształt klosza. Włosy uczesała się w warkocz. Nie wiem czy ktoś pomagał jej w szykowaniu, ale jeśli tak to należał się tej osobie Oscar. Jeśli sobie poradziła to skutecznie. Moje włosy uczesałyśmy w kok i wydaje mi się, że w czarno-granatowej sukience wyglądałam dobrze. 
- Gotowe? - Zapytałam. Dziewczyny kiwnęły głowami i zeszłyśmy na dół. W naszą stronę sypały się komentarze typu: Piękne. Cudowne. Ślicznie. Zawsze lubiłam, że w zimę już o siedemnastej było ciemno. Jedynie nieliczne świece przyświecały nam. Na suficie mieniły się gwiazdy. Był to mój pierwszy bal, a już tak cudownie tu się prezentowało. Był to też pierwszy bal dziewczyn, ponieważ klasy drugie i pierwsze miały Święto Duchów. Nieśmiało kręciłyśmy się przy pełnych stołach. Nie byłam głodna, mimo to miałam ochotę skubnąć coś z tego stosu smacznego jedzenia. Kątem oka widziałam, że obserwuje nas jakaś blondynka ubrana w czerwoną sukienkę. Nagle podeszła w naszą stronę. Wzięła sobie napój, a kiedy przechodziła obok nas potknęła się i napojem oblała Nathalie. 
- Przepraszam. - Wyszeptała blondynka. Była Ślizgonką, miała bransoletkę ze Ślizgońskim akcentem. Carter wybiegła z sali. Dziewczyny stały jak skamieniałe, ale ja za nią pobiegłam. Nathalie nie biegła długo. Zatrzymała się w jakimś cichym kącie. Dogoniłam ją i wiedziałam, że moja przyjaciółka zaraz się rozpłacze. Nie mogłam na to patrzeć, więc podjęłam trudną decyzję.
- Choć ze mną. - Wyciągnęłam do niej rękę. Ona nie pewnie ją złapała. Zaprowadziłam ją do Wieży Gryffindoru, a później do mojego dormitorium. Dopiero w świetle lampy mogłam zobaczyć ogromną plamę na materiale śnieżnobiałej bawełny. - Założysz moją sukienkę. - Powiedziałam bez ogródek. Dziewczynę przyprawiło to o szok, ale szybko się pozbierała.
- Nie. Nie mogę. - Odpowiedziała szybko.
- A właśnie, że możesz. - Patrząc na jej niezdecydowaną minę dodałam. - Jeśli nie pójdziesz na bal, to ja też nie pójdę. I taka piękna sukienka się zmarnuje. - Wiedziałam, że bardzo chce być na tym balu. Ja też chciała, ale czego nie robi się dla przyjaciół. Nathalie przystała na moją propozycję i jakiś czas później odprowadzałam ją do portretu Grubej Damy.
- Szkoda, że magicznych plam nie da się odczynić magią. - Krzyknęła do mnie ze schodów. Uśmiechnęłam się tylko, a w duchu szepnęłam szkoda. Sukienka była tycio przydługa na dziewczynę, ale to nic. I tak wyglądała świetnie. Powoli wróciłam do dormitorium. Ciekawe gdzie podziały się młodsze klasy. Może spędziłam bym z nimi trochę czasu? W końcu za rok też będzie bal, nie ma co płakać w poduszkę. Cicho uchyliłam drzwi, a tam było coś nie tak. Czarne pudełko nie leżało na moim łóżku, kiedy wychodziłam parę minut temu. Ostrożnie zbliżyłam się. Może to dziewczyny z młodszych klas chciały zrobić psikusa. Z drugiej strony, to nie moje łóżko stało najbliżej drzwi. Nie wiem po co, ale na wszelki wypadek wyjęłam różdżkę. Powtórzyłam też zaklęcia, zarówno te z Salem, jak i z Hogwartu. Jednym ruchem ściągnęłam pokrywkę. W środku był jakiś materiał. Zupełnie zbita z tropu odłożyłam różdżkę i wyjęłam go z pudełka. To była sukienka. Piękna, długa, czarna, balowa sukienka. Idealna dla mnie.
- Ludzie dostają to na co zasługują. - Podskoczyłam na dźwięk tego głosu. - Dobrzy ludzie dostają prezenty. - Odwróciłam się w stronę autora tych słów.
- Legolasie co ty tu robisz? - Zapytałam, a on wzruszył ramionami. - Nie mogę tego przyjąć.
- Ja na pewno się w to nie ubiorę. No wiesz, nie mój kolor. - Nie znałam go od tej strony. Ledwo powstrzymałam uśmiech. - A jeśli ty jej nie założysz to zmarnuje się taka piękna sukienka. - Wykorzystał przeciwko mnie mój argument. Cios powyżej pasa. Widząc moje zastanowienie dodał. - Jest jeszcze bolerko. - Odwróciłam się. - Miłej zabawy. - Kiedy spojrzałam w miejsce gdzie przed chwilą stał, zobaczyłam tylko pustkę. Wzięłam mój nowy strój i weszłam do łazienki. Zamierza się dobrze bawić.
 ***
Na parkiecie wirowała cała szkoła. Może prawie cała. Wszystkie klasy, oprócz trzecich, musiały mieć partnerów, ponieważ inaczej nie mogły iść na bal. Odszukałam moje przyjaciółki. Lauren wirowała obok swojej siostry, w towarzystwie jej przyjaciół i chłopaka, Bena. Pozostałe trzy stały pod ścianą i rozmawiały. Na ich twarze wpłynął błogi uśmiech, kiedy mnie zobaczyły.
- Właśnie miałyśmy do ciebie iść. - Powiedziała Molly. - Bez ciebie nie byłoby takiej zabawy.
- Skąd wzięłaś drugą sukienkę. - Zapytała Nathalie, której wyraźnie poprawił się humor. Czyżby dręczyły ją wyrzuty sumienia z powodu mej osoby?
- Przezorny zawsze ubezpieczony. - Powiedziałam z tajemniczym uśmiechem. Nie miałam zamiaru zdradzać Legolasa. Może dostanę więcej sukienek... Nasza rozmowa nie trwała jednak długo, ponieważ profesor McGonagall, która zajmowała się organizacją kazała chłopakom tańczyć z nami.
- Drogie panie na plotki czas jest codziennie. Na taniec nie. - Powiedziała, a za jej plecami kuliło się czworo chłopaków, którzy chcieli się ulotnić. - To samo się tyczy panów. - Zatrzymali się w pół kroku. - To, że jestem stara nie znaczy, że głucha. - Zamknęła chłopaków raz na zawsze, a oni nieśmiało do nas podeszli. Nathalie uśmiechnęła się ciepło, kiedy Luis (Gryfon, trzeci rok, dzieli dormitorium z Jamesem - autorka) podszedł do niej. Taki sam gest uczyniła Mary, kiedy zaprosił ją do tańca Mark (Gryfon, trzeci rok, dzieli dormitorium z Jamesem, najlepszy przyjaciel Luisa - autorka). Ja i Molly nie miałyśmy zamiaru ułatwiać dwóm Krukonom zadania i zostałyśmy z kamiennymi twarzami. Ich iny też nie wyrażały jakiejś radości, że mają z nami tańczyć. Chyba się dogadamy. Aczkolwiek jedno musiałam przyznać. Chłopak potrafił nieźle tańczyć.
- Jak masz na imię? - Zapytał lekko, tylko dla przerwania ciszy.
- Alicja. - Powiedziałam to zwyczajnym tonem, może trochę ponurym. Musiałam lekko zadrzeć głowę, żeby rozmawiając z nim patrzeć mu w twarz. Nie był dużo wyższy, ale około pięć centymetrów. - A ty? - Miło byłoby wiedzieć z kim się tańczy.
- Aaron Neomajni. Krukon. - Powiedział, a jego twarz nadal nie zdradzała żadnych emocji. Moja zresztą też. Chyba, że znudzenie.
- Gryffindor. - Odpowiedziałam szybko. - Masz siostrę, prawda? - Zmarszczył brwi.
- Chodzi o Annie. Przykro mi, że miałaś z nią styczność. - Westchnął ciężko. - Ślizgoni potrafią być czasem trudni. Jest moją bliźniaczką. - Zaraz. Ostatnio miała na sobie niebieskobiały szalik. Postanowiłam o to nie pytać. To za bardzo osobista sprawa. Zamiast tego rzuciłam inną odpowiedź.
- Domyślam się. - Wtedy usłyszeliśmy huk. Wszystkie pary zatrzymały się i zaczęły szukać sprawcy tego. Niektórzy wyciągnęli różdżki. Po chwili zgasło światło i zawiał potężny wiatr. A potem coś wyskoczyło z cienia i pomknęło prosto w stronę parkietu. W ostatniej chwili pary zdążyły uskoczyć. W ciemności ledwo co widziałam. Do tego teraz byłam na podłodze. W ustach czułam metaliczny smak krwi. Chyba ugryzłam się w język. Nie miałam teraz czasu na pierdoły musiałam się gdzieś ukryć. Zanurkowałam pod najbliższy stół, słysząc jak ktoś mnie woła. Pod meblem znajdowali się Molly, kolega Aarona, Damon i Roxanne Sullivan.
- Co to do cholery jest? - Powiedział Damon, ale nie usłyszał odpowiedzi. Nagle usłyszeliśmy krzyk. Szybko wychyliłam głowę. Ptak trzymał w dziobie jakąś blondynkę. Kiedy ją obrócił zobaczyłam, że to Annie. Nie była podobna do brata, rzucał się tylko cień tego. Kształt twarz, kolor oczu. Olbrzym poszybował z dziewczyną, a po kilku kółkach ją puścił. Po prostu wypuścił z wysokości pięciu metrów. Chwała Bogu za mój instynkt. Blondynka wylądowała na miękkim materacu. Była oszołomiona i przerażona, ale przytomna. Wściekłe stworzenie odleciało, a potem otoczyła nas jasność. Aaron podbiegł do swojej siostry.
- To to mnie zaatakowało! - Krzyknęła Olive. - Wtedy w lesie! Już pamiętam!
McGonagall zabrała ją na rozmowę. Jednym zaklęciem posprzątano salę, a Annie została wyniesiona. Jej brat poszedł z nią. Nam kazano bawić się dalej, ale nikt nie potrafił dalej bawić się normalnie. Podbiegłam do moich przyjaciółek.
- Nic wam się nie stało? - Zapytałam. Dziewczyny spojrzały po sobie.
- Wszyscy cali. - Powiedziała Mary.
- Chyba zgubiłam gdzieś różdżkę. - Szepnęła Nathalie. Zaczęłyśmy się rozglądać, ale zguby nie znalazłyśmy. Powiedziałam jej, że jest szansa, że znajdzie się jutro. Jakoś w to nie wierzyła.
***
Odprowadzałam Nathalie do jej wieży po balu. Było już grubo po północy. Podejrzewałam drugą - trzecią godzinę. Molly i Mary zmyły się z balu dużo przed nami, jakoś po pierwszej. Lauren nadal została, ta dziewczyna miała więcej energii niż cała fabryka. Po ostatnich wydarzeniach obawiałam się o moją przyjaciółkę, szczególnie że została pozbawiona różdżki, więc postanowiłam ją odprowadzić. Carter obawiała się o mnie, ale uspokoiłam ją. Ja sobie poradzę. 
- Dzięki za... - Zawahała się chwilę. - Za wszystko. Sukienkę, odprowadzenie, za rady... Za wszystko.
- Lepiej w niej wyglądasz. - Zapewniłam. - Nie ma za co. - Uśmiechnęła się blado i zastukała w kołatkę, która natychmiast ożyła.
- Co się stało z tym czarnym aniołem co zleciał na ziemię? - Zaskrzeczała kołatka.
- Wiem tylko tyle, że o odpowiedź pytać trzeba Helenę. - Bez wahania zrymowała Nathalie i drzwi się otworzyły. Resztką siły wydobyłam z siebie głos.
- Nathalie zaczekaj! - Krzyknęłam, a dziewczyna odwróciła się i posłała mi pytające spojrzenie. - Ta zagadka. Możesz ją powtórzyć. - Aż piekło mnie z podniecenie. Może jednak znalazłam odpowiedź?
- Oczywiście. - Powiedziała zdezorientowana. - Co się stało z tym czarnym aniołem co zleciał na ziemię. Wiem, że o odpowiedź trzeba pytać Helenę. - Cały czas patrzyła na mnie podejrzliwie. - A o co chodzi? Jeśli mogę zapytać.
- Oczywiście. Po prostu słyszałam coś kiedyś o jakimś czarnym aniele. - Nie chciałam jej okłamywać, ale musiałam. Nie mogłam zawieść moich byłych przyjaciół. - Nie mogłam tego zrozumieć, bo byłam mała. - Uśmiechnęłam się. Ona też. 
- Też do końca nie wiem o co chodzi. To o czymś co działo się dawno. Dlatego trzeba pytać Helenę. Przeczytałam kiedyś, że znała jakiegoś "Czarnego Anioła". 
- Jaką Helenę? - Do rozwiązania jednej zagadki brakowało mi tylko tego.
- Helenę Ravenclaw. Jeśli chcesz możemy z nią porozmawiać, ale dopiero po przerwie świątecznej. I chyba moja koleżanka, Hana też kiedyś się nad tym zastanawiała. Może pójść z nami?
- Oczywiście. - Wydaje mi się, że to nie do mnie należała decyzja. W końcu zaproponowała to Nathalie, więc oczywiście nie miałam nic przeciwko. Nawet jakbym miałam to nie kulturalnie było pokazywać swoje niezadowolenie. Pożegnałam dziewczynę i zawlekłam się do swojego pokoju. Nie wiem czy w stanie takiego zmęczenia potrafiłabym wygrać jakiś pojedynek. Na szczęście nie musiałam się przekonywać. W dormitorium rzuciłam się na swoje łóżko. Lauren nadal nie było. Nie miałam czasu się tym przejmować, ponieważ od razu zasnęłam. Spałam w sukience i ciepłym, futrzastym, ciepłym, elfickim bolerku.
***
Następnego dnia rano wszyscy żyli wczorajszymi wydarzeniami. Ale ja miałam w głowie tylko to, że dziś zobaczę moją rodzinę. Będę mogła znów porozmawiać z Maddie i Ianem. Z powodu balu, przezornie zorganizowali dwa pociągi. O siódmej i czternastej. Nie pożegnałam się z nikim, bo byłam prawie sama na wczesnym śniadaniu. Kiedy schodziłam ze schodów ciągnąc za sobą kufer, spotkałam jedną znajomą twarz.
- Z Annie lepiej? - Zapytałam chłopaka, który właśnie schodził na dół. Westchnął ciężko.
- Nadal oszołomiona, ale powraca do zdrowia. Jedziesz zaraz? - Popatrzył na mój kufer. Kiwnęłam głową. - Pomogę ci. - Złapał za drugi uchwyt.
- Nie trzeba. - Powiedziałam szybko.
- A właśnie, że trzeba. - Pożegnałam się z nim przy powozie, a potem odjechałam. Pół godziny później siedziałam już w pociągu. Lokomotywa wiozła tylko jeden wagon, a ja i tak siedziałam sama. Nie mogę się doczekać spotkania  z rodziną.
~♥♥♥~ 
TA DAM!!!
Następny rozdział będzie rozdziałem specjalnym rozdziałem.
A mianowicie:
.
.
.
.
Gwiazdka w Salem!!!
Tradycje itp.

Komentujcie!
- A

niedziela, 25 października 2015

Rozdział 20 cz. I

 "A little party never killed nobody"
- Fergie
- Ktoś widział Lauren? - Zapytałam, kiedy znudziło mi się stanie na mrozie przed bramą szkoły.
- Od kiedy Olive się obudziła, to spędza z nią każdą sekundę. - Westchnęła Molly. - O patrzcie! Idzie!. - Nasze głowy od razu zwróciły się w stronę szkoły. Lauren biegła w naszą stronę.
-  Gdzie ty się szlajasz? Wszystkie trzy zdążyłyśmy przemarznąć do szpiku kości. - Powiedziała Mary i mocno przytuliła przyjaciółkę.
- Trzeba było iść z Nathalie i jej Kukonami. - Mruknęłam, a Molly pokiwała głową. Dziewczyny chyba tego nie słyszały. - Idziemy? - Zapytałam już głośniej. - Nie przeszkadza mi, że się przytulacie, ale nie mam ochoty zamarznąć tu na śmierć. - Lauren, która stała twarzą do nas, przewróciła oczami.
- Nie jęcz. Cierpliwość jest kluczem do szczęścia. - Mimo swoich słów wypuściła Simpson z objęć i ruszyłyśmy w stronę magicznej wioski.
- Byłyście kiedyś w Hogsmead? - Zapytałam. Niby to ja byłam tu nowa, ale uczniowie Hogwartu nie mogli odwiedzić magicznej wioski przed rozpoczęciem trzeciej klasy. Tylko Lauren potwierdziła.
- Kiedyś pomogli mi się wykraść Olive i jej przyjaciele. - Opowiedziała. - Ale zobaczyła nas McGonagall i wszyscy mięliśmy miesięczny szlaban. Myślałam, że umrę z nudów. - Przewróciła oczami. - To było rok temu. - Dodała. Po Livvi można było się czegoś takiego spodziewać. Reszta moich przyjaciółek albo za bardzo się bała takiego wykroczenia, albo za bardzo zależało jej na szkole, albo była za grzeczna. Jeden Mary, dwa Molly, trzy Nathalie. Szkoda, że nie pojawiłam się tu wcześniej, chętnie poszłabym z nimi na takie nielegalne wyjście. Zaraz, czy ja właśnie powiedziałam, że żałuję, że byłam w Salem? Coś się złego ze mną dzieje. Powoli ślady po Instytucie się zacierają, a Hogwart ma czelność jeszcze bardziej je zetrzeć. Obawiałam się tej myśli, nie chcę zapomnieć.
- Co tam u Olive? - Zapytałam, żeby wyłączyć myśli.
- Dochodzi do siebie. - Odpowiedziała Lauren. - Nadal jest w szoku, ale fizycznie jest już wyleczona. Pani Pomfrey potrafi działać cuda! - Była naprawdę szczęśliwa. Znowu. Nie tylko ona zawdzięcza coś pielęgniarce, po części kobieta i nam oddała starą Laur.
- Mówiła co ją zaatakowało? - Złapała temat Molly. Thomas pokręciła głową.
- Niestety. Pamięta tylko wielki cień i ból. - Zauważyłam jak przeszedł ją dreszcz. Mary chyba też, bo od razu objęła ją ramieniem. Potem zapadła niezręczna cisza. Mary próbowała podsunąć temat rozmowy, ale nikt go nie rozwijał. W końcu i ona dała sobie spokój. Pogrążyłyśmy się w ciszy, a jedyny dźwięk to było skrzypienie naszych butów o śnieg.
- Do jakiego sklepu idziemy? - Wytrwale temat podjęła Mary.
- Może do Magicznej Szafy? - Zaproponowała Lauren. Znów była dziwnie przygaszona. - Liv mówiła, że to dobry sklep i raczej nie będzie tłoczno. - Zgodziłyśmy się. Jedyny problem był taki, że żadna z nas nie wiedziała gdzie to jest. Nie dziwne, skoro mały sklepik znajdował się w najmniej uczęszczanej uliczce. Można było powiedzieć, że biegłyśmy do tego sklepu. Było nam tak zimno, że chciałyśmy już znaleźć się w ciepłym wnętrzu.
- Oby było tam ciepło. - Powiedziałam, a dziewczyny przytaknęły.
- Raz kozie śmierć. - Mruknęła Mary i nacisnęła klamkę. Wszystkie naraz wpadłyśmy do ciepłego, przytulnego wnętrza. Z naszych ust wyrwał się jęk zachwytu. Obranie, buty i biżuteria, wszystko ułożone kolorami, a to dawało cudowny efekt. Zaparło mi dech w piersi.
- Mówiłam, że warto szukać tego miejsca. - Wydukała Thomas, a na jej ustach znów znalazł się ogromny uśmiech. Po chwili podeszła do nas ekspedientka.
- Witam was dziewczyny. Nazywam się Melanella i jestem tu, żeby wam pomóc w doborze ubrań. - Powiedziała ruda. - Szukacie pewnie kreacji na Bal Bożonarodzeniowy?
- Dokładnie. - Odpowiedział Mary. - Nie mamy jakiś konkretnych ubrań na uwadze. - Dodała. Ruda zmierzyła nas wzrokiem. Potem powiedziała, żebyśmy czekały, a ona znajdzie dla nas jakieś ubrania.
- To siostra Notta. - Szepnęła Molly do Lauren. Mulatka spojrzała na dziewczynę i zrobiła zdziwioną minę. - Też na początku jej nie poznałam.
- Mel i Martin różnią się od siebie jeszcze bardziej niż parę lat temu. - Odpowiedziała zdziwiona Livvi. - Nigdy bym nie powiedziała, że są rodzeństwem.
- Zaraz. Skąd znacie Nottów? - Zapytała Simpson. - Przecież to stu procentowi Ślizgoni. - Zauważyła. Dziewczyny wytłumaczyły nam, że ciocia Molly, Ginny to przyjaciółka matki Melanelli i Martina. Ojciec Lauren, Dean przyjaźni się z Ginny i tak wypadło, że spotkali się parę razy.
- Powinnyście przymierzyć te sukienki! - Powiedziała Nott dając nam mnóstwo sukni. Któtkich i długich. W najróżniejszych kolorach.
Pięćdziesiąt sukienek później, zmordowane wyszłyśmy ze sklepu. Każda z nas miała już sukienkę. Moja miała służyć zarówno na wesele jak i na bal. W dobrych humorach poszłyśmy do Trzech Mioteł i rozmawiałyśmy tam pół dnia. Kiedy wróciłyśmy była już ciemna noc. Kocham spędzać czas w ich towarzystwie. Ale nadal brakuje moich poprzednich przyjaciół...
***
Płaszcz zasłaniał im twarze kiedy pokonywały drogę z Hogwartu do Hogsmead. Zimno szczypało dziewczyny po nagich dłoniach. Szły jako pierwsze, żeby nikt nie zobaczył ich razem.
- Może powinnyśmy się ujawnić? - Podsunęła przemarznięta Chloe. - Mam już dość skradania się, ukrywania i udawania, że się nie znamy. - Krukonka zmierzyła ją wzrokiem.
- To głupi pomysł. - Fuknęła. - Nie mamy reputacji super miłych. Jeśli zobaczą nas razem będą wiedzieli, że to ja uderzyłam tłuczkiem Davis. Chyba mnie widziała! A jak Potter się przyłączy i powie, że to przeze mnie prawie skręcił kark?! - Wrzasnęła sfrustrowana. - Nie. Nie! I jeszcze raz NIE! - Kiedy ochłonęła dodała jeszcze. - Przepraszam Chloe, ale to zły pomysł. Nie powinnam tak na ciebie naskakiwać, ale zrozum.
- Nie mów do mnie jak do dziecka. - Powiedziała ostro. - Hana, ja naprawdę potrafię myśleć samodzielnie. - Joles pokiwała smutno głową.
- Możemy się już nie kłócić? - Zapytała cicho zbijając z tropu Ślizgonkę, która zrobiła dziwną minę. Ale też nie podobała jej się kłótnia. Hana od dziecka jest jej przyjaciółką. Mimo, że nie pokazywała tego to wyznawała zasadę "Pójdę za tobą mimo wszystko."
- Jasne. Nigdy więcej. - Przyrzekły sobie na palec. Tak jak przyrzekały sobie wieczną przyjaźń dziesięć lat temu. Obie pamiętały to bardzo dobrze.
Obie były małe, obie były zagubione, obie bez przyjaciół. Jedna z nich - piękna blondynka o włosach koloru tak jasnego, że można go nazwać bielą, drobna i może się wydawać tak krucha. - Chloe. Druga z nich - bogato ubrana, troszkę okrągła dziewczynka, a jej włosy przybierała kolor złoty - Hana. Jedna ubogim domu, a druga w pałacyku. Jednej kazali zapomnieć o magi, udawać mugolkę. Druga, która rosła w przekonaniu, że jest wyjątkowa, najlepsza. Jedna, kiedy trafiła do Hogwartu dostała nowe życie, daleko od wstrętnych, adopcyjnych mugoli. Druga, której zabrano przywilej najlepszej. A jednak ich przyjaźń przetrwała ciężkie dziesięć lat. 
- Gdzie idziemy? - Zapytała Joles, kiedy przekraczały bramy miasta.
- Najpiękniejsza czarownica? - Zaproponowała Martinez i ruszyły w tamtą stronę.
 
Pałac był ogromny i piękny. Z każdej strony widziałam zieleń, żółć i czerwień kwiatów. Prawdopodobnie został tak pięknie przyozdobiony. Miałam ochotę aż jęknąć z wrażenia. Pauline się uśmiecha. Chyba widzi, że mi się podoba. No jasne! Mam szeroko otwarte usta, a moje oczy chyba zaraz wypadną mi z orbit i znajdą się w tych kwiatkach! Chyba zepsułabym tym wesele.
- Podoba ci się. - Zapytała. Ja tylko pokiwałam głową nadal nie zamykając ust. Nagle poczułam, że ktoś mocno kopie mnie w nogę. Pauline.
- Ała. Co ty... - Ale nie skończyłam, bo zobaczyłam o co jej chodzi. W naszą stronę szedł wysoki, długowłosy mężczyzna w bogato ozdobionej szacie. Za nim szła trochę młodsza osoba. O równie jasnych włosach i dostojnym spojrzeniu. Nie miałam wątpliwości, że to rodzina królewska. Nie byłam tylko pewna czy ten drugi to mężczyzna.Pauline lekko dygnęła, więc ja zrobiłam to samo.
- Miło mi was powitać w moim królestwie! - Powiedział ten na pewno mężczyzna. Wziął dłoń od Pauline i pocałował ją. Przełknęłam gulę obrzydzenia gdy podszedł do mnie, a po ten gdy podeszło do mnie to drugie. Mężczyzna? A może kobieta?
- Legolasie, czy mógłbyś oprowadzić drogą czarodziejkę. 
 - Specjalnie zaakcentował ostatnie słowo. Powinno mnie to obrazić? Nie, przecież to zwykłe chamstwo i prostactwo. Chłopak (jednak chłopak) podał mi ramię, a ja nie chętnie je przyjęłam.
- Masz na imię Alicja, prawda? - Zapytał przerywając tym samych niezręczną ciszę.
- Si. - Odpowiedziałam po hiszpańsku, sprawdzając plotkę czy elfy rzeczywiście znają wszystkie języki świata.
- Tu amiga es Pauline verdad? - Czyli to jednak prawda albo po prostu zna on hiszpański.
- Tak. Można powiedzieć, że tak. A ty masz jakiegoś przyjaciela. - Nie lubię niezręcznej ciszy.
- To ja! - Usłyszałam za plecami i podskoczyłam ze strachu. Chłopak się uśmiechnął szeroko. - Nie chciałem cię przestraszyć. Mam  na imię Jace.
- To mało elfickie imię. - Zauważyłam, a on pokiwał głową.
- Jestem podobny do ciebie. Byłem człowiekiem, ale wybrałem elfictwo. - Pokiwałam głową, gdy nagle usłyszałam huk. Usłyszałam odgłosy rozmowy w nieznanym mi języku.
- Orkowie. - Mruknął Legolas i razem z Jacem zbliżyli się jakby chcieli mnie chronić. Zaraz, zaraz, zaraz! Nie jestem pieprzoną księżniczką. Sama sobie poradzę. Machnęłam ręką, a na moim palcu pojawił się płomień. Miałam ostatnio trochę czasu na ćwiczenia. Odwróciłam się tyłem do elfów i zobaczyłam coś co działo się za plecami innych. Ork ciągnął za sobą jakąś nieprzytomną dziewczynę. Pomknęłam za nim nie zwracając uwagi na nawoływania. Znalazłam się na dworze. Zimne, grudniowe powietrze kuło mnie w skórę. I nagle coś uderzyło mnie od tyłu. Leciałam parę metrów, a potem uderzyłam o ziemię.
I leżałam we własnej krwi...
 ***
Wolno uchyliłam oczy. Leżała na jakiejś wielkiej miękkiej poduszce. Wokół mnie rozprzestrzeniała się biel. Gwałtownie podniosłam się na ręce, a łóżko zaskrzypiało przy moim ruchu. Od razu pożałowałam gwałtowności mojego czynu. Zaczęłam widzieć mroczki przed oczami i szybko wróciłam do pozycji leżącej.
- Miło, że się obudziłaś skarbie. - Usłyszałam głos dochodzący z kąta pomieszczenia. Mój wzrok od razu się tam przeniósł. Tym razem ostrożnie podniosłam się, ale i tak łupało mi w głowie. Trudno, jakoś wytrzymam. Nie podobało mi się, zostałam nazwana skarbem, ale nie miałam siły się kłócić. Nieśpiesznie podeszli do mnie Jace i Legolas. Znów upadłam na poduszki.
- Który dzisiaj jest? - To pierwsze pytanie przyprawiło Jace o uśmiech. Pół elf był mnie opanowany niż książkę, który odchrząknął zdegustowany jego zachowaniem. Niech mnie ktoś zabierze z tego świrniętego, sztywnego królestwa! Bo zwariuję!
- Dwudziesty drugi grudnia. - Zauważyłam w jego oczach także zdziwienie, mimo że próbował ukryć prawdziwą emocję. Nie zadawałam pytań tylko kiwnęłam głową. Elfowie nie spodziewali się, że będę taka małomówna. Ciekawe co o mnie słyszeli. Może, że jestem strasznym, rozgadanym, niezrównoważonym psychicznie stworzeniem? Hybrydą, która mimo wiedzy, że na w pół jest cudownym elfem, nie była pewna, którą stronę wybierze. Przyzwyczaiłam się do bycia czarownicą, nie wiem czy umiałabym poradzić sobie poradzić bez czarów. Zresztą, mam czas do siedemnastych urodzin. Jedyną alternatywą było to, że mogłabym zachować swoje imię. Alicja. Naprawdę bardzo je lubię.  Nikt nie odzywał się dopóki do pomieszczenia nie wpadły dwie elfki. Ich długie blond włosy i jasne oczy utwierdziły mnie w przekonaniu, że to 100%, zapewne kilkaset letnie elfice.
- Jestem Veya, a to Ness. - Powiedziała ta niższa. - Miło cię poznać, wydaje mi się, że nie miałyśmy okazji poznać się wczoraj. - Dziewczyna wydawała się całkiem miła. Ta druga, Ness, nie pałała jakimś szczególnym uczuciem, tego że tu jestem.
- Mi także miło was poznać. - Veya uśmiechnęła się, a Ness kiwnęła tylko głową.
- Jeśli jesteś głodna, to możemy iść na śniadanie. - Wtrącił się Legolas. - O tej porze wszyscy zapewne odsypiają wesele. - Kiwnęłam głową i podjęłam się próby wstania z łóżka. Nie przewróciłam się, ale zakręciło mi się w głowie. Musiałam się wczoraj mocno uderzyć. Na wszelki wypadek złapałam się ramy łóżka. Cała czwórka obserwowała mnie uważnie, żeby w razie co mnie złapać. Nie upadnę. Nie chcę okazywać słabości.
- Jeśli nie czujesz się na siłach, to możesz zjeść tutaj. - Zaproponował Jace.
- Oczywiście. To niezły pomysł. - Dodała Veya. - Z chęcią dotrzymamy ci towarzystwa. - Po części byłam za to wdzięczna, a po części wściekła, że obchodzą się ze mną jak z dzieckiem.
- Chcę iść z wami. Dobrze się czuje. - W jakiś sposób utrzymywałam się na nogach. Moja sukienka była trochę pomięta, a włosy były w nieładzie. Dziewczyny to zauważyły. Veya złapała mnie za ramię i pociągnęła za sobą. Ness ruszyła za nami.
- Nie zróbcie jej tylko krzywdy. - Krzyknął za nami Jace.
- Spokojna głowa. Z nami nie zginie. - Odkrzyknęła Veya, a Ness mrugnęła do mnie i uśmiechnęła się do chłopaków. - Nie musisz się bać. - Powiedziała do mnie, kiedy byłyśmy w jakimś pokoju.
- To idioci. Nie wolno ich słuchać. - Powiedziała Ness, a mnie zdziwił jej ton głosu. Po prostu nie pasował do jej wyglądu i zachowania.Veya zachichotała.
- Ma rację. A teraz zamknij oczy. - Posłusznie to zrobiłam. Słyszałam jak dziewczyny wypowiadają jakieś słowa. Magia elfów nie zna granic. - Możesz otworzyć. - Szepnęła. Wskazała lustro, a ja podeszłam. Aż jęknęłam z zachwytu. Moje włosy były uczesane w idealny kok na środku głowy, a zniszczona sukienka była jak nowa. Doszyto tylko coś tu i uwdzie. Wyszeptałam słowa podziękowania, a potem ruszyłyśmy na śniadanie.
- Ness to skrót od Vanessy? - Zapytałam elfki. Dziewczyna pokręciła głową. Czyli miałam rację, jest stu procentowym elfem. Wstyd mi było zapytać ile ma lat.
- Ness to Natasza. Urodziłam się w Rosji, ale zostałam wypędzona. - Powiedziała. Nie chciałam na nią naciskać, ale ciekawość wygrała.
- Dlaczego? - Zapytałam bez ogródek, a ona udzieliła odpowiedzi. Jak w zegarku. Pytasz i od razu dostajesz odpowiedź. Wyglądało mi to na ustawione. O to nie pytałam.
- Byłam księżniczką. Zakochałam się nie w tej osobie i zdradziłam mojego narzeczonego. - W świecie elfów było to jak popełnienie morderstwa. - Mój ojciec chciał mnie zabić. Życie zawdzięczam matce, która mnie wypuściła. Później i ona przepłaciła za to życiem. - Historia tragiczna. Aczkolwiek udowadnia, że miłość elfów potrafi być zarówno piękna i okrutna. Elfy są właśnie takimi stworzeniami. Są dobrzy, ale też okrutni. Darzą miłością i tą miłością ranią lub znoszą cierpienie. Elfy są jak wiecznie młodzi ludzie. Popełniają błędy tak jak każdy człowiek. Może zastanowię się jednak nad przyłączeniem do nich?
- Nie ma u nas dużo młodych elfów. - Opowiada Legolas, kiedy jesteśmy już na śniadaniu. Elfickie jedzenia mi nie przeszkadza. Są prawie wegetarianinami. Jedzą mięso od święta. Da się to przeżyć. Kiedy weszłam do Sali Jadalnej poznałam jeszcze dwoje "młodych" elfów. Tauriel i Arweden. - Jestem ja, Jace, Ness, Veya, Tauriel, Arweden i Pauline. Może będziesz o ty. - Ostatnie zdanie wprawia mnie w zakłopotanie, więc pozostawiam je bez odpowiedzi. Okazało się, że Pauline musiała wracać do zamku. Obowiązki wzywają, dlatego ma mnie odprowadzić Legolas i Jace. Po posiłku ruszamy. Idziemy do stajni i bierzemy dwa konie. Ponieważ nie umiem jeździć konno to jadę z Legolasem. Troszkę mi to przeszkadza. Przed dziesiątą jesteśmy w Zakazanym Lesie. Żegnam się z nimi i mimowolnie obiecuję, że jeszcze się spotkamy. Do zobaczenia. Słowa, które mnie zabiją. A potem idę do zamku, kiedy się odwracam po nich nie ma już śladu. Dziś bal, trzeba się przygotować.
~♥♥♥~
Podzieliłam rozdział na dwie części, ponieważ inaczej byłby strasznie długi. 
Ogólnie zmniejszam częstotliwość dodawania rozdziałów.
Będą pojawiały się raz na dwa tygodnie, tak jak było w niedzielę.

Kolejna sprawa jest taka:
Ostatni raz informuję was o rozdziale, bo ja informuje 10 osób, a przychodzą 2 czy 3.
Jeśli nadal chcecie otrzymywać informację to po prostu napiszcie w kom.
 
Komentujcie!
Pozdrawiam
-A 

 

niedziela, 11 października 2015

Rozdział 19

Naprawdę mi przykro. Wiem, że rozdział miał się pojawić dwa tygodnie temu, no ale ważne, że jest. Zapraszam do komentowania i szczerego oceniania. - A
~♥♥♥~
~UWAGA!!! NASTĄPIŁ PRZESKOK CZASOWY DO GRUDNIA!~

Nie widziałam nic ciekawego w lekcjach Starożytnych Run. Wprowadzili nam tą lekcję od połowy października, a ja już tego nienawidzę. Cały czas komunikowałam się z siedzącą obok Lauren. Udawałyśmy, że piszemy w zeszytach, a tak naprawdę pisałyśmy na kartce. Nie mogłyśmy ze sobą gadać, bo ten jakże kochany profesor, rozsadziłby nas. A tego nie chciałyśmy. Gadaninę nauczyciela przerwało energiczne pukanie w drzwi. Po chwili pojawiła się w nich Marlee, przyjaciółka Olive. Poznałam ją jakiś czas temu. Nauczyciel spojrzał na nią pytająco. 
- Czy mogę zabrać Lauren Thomas? - Moja przyjaciółka zdziwiła się mocno. Posłała mi też takie spojrzenie. Wnioskując z miny Smaitha (nauczyciela) chciał odmówić. Bo od kiedy to przychodzą na do niego na lekcje, przerywają mu i jeszcze chcą zabrać jedną z uczennic. To przecież jakiś absurd. Dziewczyna zorientowała się w odpowiedzi, ale nie dawała za wygraną. - To ważne. Sama profesor McGonagall mnie poprosiła. - Na dźwięk nazwiska dyrektorki aż podskoczył. Darzył tę kobietę ogromnym poszanowaniem i sympatią. Jeśli ona prosiła, to sprawa nabiera nowy obrut.
- Oczywiście. Idź, Lauren. Nadrobisz sobie później wszystko. - Livvi tak zrobiła, a ja zazdrościłam jej, że mogła wyjść z tej nudnej lekcji. Mój ton co do tego zmienił się, kiedy na następnej lekcji spotkałam profesor McGonagall. Zmierzałam właśnie do sali eliksirów.
- Alicjo! Dobrze, że cię widzę. - Zatrzymałam się i przywitałam. Kobieta od razu przeszła do sedna sprawy. - Czy możesz pójść do Skrzydła Szpitalnego?
- Oczywiście, ale po co? - Należało mi się wytłumaczenie po co mam tam iść. Kobieta rozejrzała się po korytarzu i znacznie ściszyła głos. Stało się coś niedobrego.
- Ktoś napadł starszą pannę Thomas. - Zamurowało mnie. - Dochodzimy kto to, ale zajmie nam to trochę czasu. Na razie byłabym wdzięczna gdybyś zajęła się jej siostrą, Lauren. Jest w rozsypce, od kiedy się dowiedziała. - Od razu wiedziałam co mam zrobić.
- Oczywiście pani profesor. Już tam idę. Czy mogę się najpierw zwolnić u Pa... profesorki? - Prawie powiedziałam Pauline. Powinnam więcej myśleć. Uderzyłam się w duchu w twarz. Na szczęście w porę się poprawiłam i McGonagall chyba uznała, że to ona źle usłyszała. Było blisko.
- Biegnij. Będę w swoim gabinecie, jeśli będziesz czegoś potrzebowała wystarczy, że wypowiesz hasło do posągu. Brzmi ono Peleryna niewidka. - Przytaknęłam skinieniem głowy i pobiegłam do profesorki Pauline. Pięć minut później wchodziłam do jej gabinetu. Nie była zdziwiona, nawet się nie odwróciła. Ciekawe dlaczego. To mogła być osoba, która mogłaby ją zamordować.
- Alicjo, nie bądź głupia, mam elfi słuch. Wiem, że to ty. - Odwróciła się do mnie, ukrywając uśmiech. Niestety nie wyszło jej to i jej usta ułożyły się w łuk.
- Co ty!? Jak ty?! - Krzyknęłam, czując nagły przypływ gorąca. Mam nadzieję, że się nie czerwienię. - Nie rób tego więcej!
- Elfy potrafią czytać w myślach. Ty też może będziesz mogła. I obiecuję. - Posłała mi spojrzenie pełne wsparcia. Omal zapomniałam po co przyszłam.
- Chciałam się zwolnić z lekcji. Powiedziałam, a ona zmierzyła mnie nauczycielskim spojrzeniem.
- Dlaczego? - I co ja jej powiem? Czy to, że Olive jest w Skrzydle Szpitalnym, a Lauren potrzebuje mojego wsparcia, jest tajne. Niestety nie znam odpowiedzi. Nawet nie wiem, czy ona teraz nie słucha moich myśli...
- Nie czytam ci teraz w myślach. Coś obiecałam, a wyprzedzając następne pytanie, nie czytałam ci przed chwilą w myślach, domyśliłam się. Nie jestem głupia! - Zrobiła minę mówiącą "Dlaczego ona uważa, że jestem idiotką?".  - Teraz ty odpowiedz na moje pytanie.
- Ktoś mnie potrzebuje. Jest w rozsypce po pewnym... - Jakiego słowa użyć? - Incydencie. - Dodałam szybko, ale Pauline zauważyła moją niepewność.
- Proszę, bądź ze mną szczera.
- Jestem. Muszę komuś pomóc. Czuję to, po prostu coś we mnie krzyczy, że muszę to zrobić. - Dziewczyna przeszyła mnie spojrzeniem i podeszła do drzwi.
- To empatia, czujesz, że ktoś bardzo potrzebuje twojego wsparcia. Wyczuwasz to instynktownie. Powoli przybierasz cechy elfów. Czujesz coś i po prostu musisz to zrobić. - Powiedziała po dłuższym namyśle. Ale nie patrzyła na mnie, tylko przed siebie, na coś czego nie widziałam. Ale domyślałam się co ona widzi.
- Tęsknisz? - Wyrwałam ją z rozmyśleń i posłała mi zaciekawione spojrzenie. - Za domem. - Spuściła wzrok, jakby nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Jakby bała się, że powie coś złego.
- Tak. Zawsze. - Podniosła wzrok, ale nie patrzyła mi w oczy. Patrzyła w przestrzeń. - Pozostawiłam tam wszystko co mi zostało. Jestem jedną ze strażników miasta. A teraz mam strzec ciebie. Myślałam, że nie będzie to takie trudne, ale brakuje mi tamtego miejsca. Opuszcza mnie tak wiele. - Po jej policzku popłynęła łza. - Moja najlepsza przyjaciółka, Merenwen, niedługo bierze ślub, ale mnie na nim nie będzie. - Nie powiedziała tego wprost, ale to przeze mnie. Przeze mnie jej tam nie będzie. Bez wahania podjęłam decyzję i ją przytuliłam.
- Musisz mnie pilnować, więc napisz do swojego pana, że przybędziemy obie.
- Co-o? - Wypowiedziała łamiącym, niepewnym głosem. Przytuliłam ją mocniej.
- To będzie dla mnie dobre. - Kontynuowałam. - Zobaczę jak tam żyją i poznam ich. Będzie mi łatwiej podjąć decyzję, jeśli będę wiedziała na co idę.
- Jesteś kochana. Obiecuję, że wrócimy na Bal Bożonarodzeniowy i wrócisz do rodziny na święta. - Zawahała się przez chwilę, ale powiedziała swoim normalnym głosem, nie nauczycielskim, surowym. - Dziękuję, Alicjo. Możesz iść do osoby, która cię potrzebuje. Jesteś dla niej największym oparciem, jestem pewna.
*** 
Drzwi Skrzydła Szpitalnego otworzyły się skrzypiąc przeraźliwie, aż w uszach mi dzwoniło. Rozejrzałam się po sali. Tylko jedno łóżko było zajęte. Leżała na nim Olive, a obok siedziała szlochająca Lauren. Od razu pokonałam całą salę sprintem i mocno uścisnęłam przyjaciółką. Nie mogłam patrzeć na jej cierpienie.
- Co się stało? - Zapytałam, kiedy przestałyśmy się przytulać. Przyjaciółka spojrzała na mnie czerwonymi, zmęczonymi oczami. Nie uwierzyłabym, gdyby wczoraj ktoś powiedział mi, że wesoła Lauren będzie dzisiaj tak wyglądać. - Nie będę cię zmuszała do odpowiedzi. - Zaczęłam delikatnie. Moje słowa były prawdą, jeśli nie chce mówić, nie musi.
- Nie. - Odezwała się słabym głosem. Tak słabym głosem, że aż serce mi się ścisnęło. - Powiem ci, ale sama jeszcze dużo nie wiem. - Wierchem dłoni wytarła mokre od łez oczy. - Ona wracała z Zielarstwa. Wracała jako ostatnia, a kiedy nie przychodziła Ben, jej chłopak, poszedł jej szukać. Znalazł ją leżącą na śniegu, nieprzytomną.
- Są jakieś wskazówki kto mógł to zrobić?
- Tak. - Powiedziała niepewnie. - Hagrid już to bada. Ktoś lub coś co ją zaatakowało zostało ranne. Oprócz krwi Olive była też czyjaś krew, ale nie wiadomo czyja. - Dziewczyna westchnęła. - Jestem strasznie zmęczona. - Bez słowa wstałam i skierowałam się do drzwi. Thomas jednak nie ruszyła się z miejsa.
- Idziesz? - Zapytałam. Popatrzyła na mnie, potem na siostrę i znów na mnie. Kiwnęła głową i podeszła do mnie. Wychodząc spojrzała tęsknie w stronę siostry. Razem poszłyśmy do dormitorium. Nie spotkałyśmy nikogo, aż do dojścia na siódmym piętro. Myślę, że moja przyjaciółka nie chciała być widziana w takim stanie. Jedna osoba pojawiła się dwa kroki przed nami. Rosemary wyszła z Pokoju Wspólnego.
- Co się stało, Lauren? - Zdziwił mnie jej opiekuńczy ton. Nigdy nie pokazała się z takiej dobrej strony. Nie spodziewałam się, że taką ma.
- Moja siosta. Nie wiesz jeszcze? - Zapytała i pociągnęła nosem. Te pięć słów sprawiały jej ogromny ból. W tym momencie Rose zrobiła rzecz, której na pewno się nie spodziewałam. Po prostu ją przytuliła. Ten widok był zarówno słodki jak i komiczny. Rose nigdy nie okazywała słabości. Mi przyszło do głowy najgłupsze w tej sytuacji pytanie. Musiałam je zadać, bo inaczej nie byłabym sobą.
- Dlaczego nie jesteś na lekcji? - Nie chciałam, żeby zabrzmiało to oschle. Byłam po prostu ciekawa. Davis delikatnie oderwała się od Laur. Przez jej twarz przebiegło tysiąc emocji. Strach, że ją wydam. Zaintrygowanie, że się do niej odezwałam. Zirytowanie, że się do niej odezwałam. Oraz coś, co nie do końca potrafiłam odczytać. Moja podświadomość podpowiadała, że chodzi o wiarę. Wiarę, że może mi zaufać i opowiedzieć co ją gryzie. Nie było to oczywiście związane z lekcją eliksirów.
- Właśnie na nią szłam. - Odpowiedziała pewnie, swoim zgryźliwym tonem. Jakby chciała mnie sprowokować, żebym posłała w jej kierunku jakąś obelgę. Nie zmylisz mnie tak łatwo Davis. Łatwo dała wymijającą odpowiedź, ale nie zwiodła mnie. Gryfonka odeszła jak skulony piesek. Zastanowiło mnie to. Nawet nie wiem kiedy wypowiedziałam takie słowa:
- Jeśli chciałabyś porozmawiać - Odwróciła się w moją stronę. Stała u stóp schodów. - To wiesz gdzie mnie znaleźć. - Uśmiechnęłam się do niej, a schody ruszyły się i dziewczyna zniknęłam nam z oczu. Weszłyśmy do pustego Pokoju Wspólnego. Ukradkiem zerknęłam na przyjaciółkę. Była blada i zmęczona. Nie jestem pewna czy jadła coś dzisiaj. Zaspała i nie poszła na śniadanie, miała wykraść coś sobie z kuchni. Wydaje mi się, że tego nie zrobiła. Podeszłam do regału i wybrałam pierwszą lepszą książkę. Zew krwi. Nie wiem czy spodoba się Livvi, ale musi coś robić, kiedy ja będę w kuchni. Bez słowa poszłyśmy do naszego dormitorium. Dziewczyna od razu rzuciła się na łóżko.
- Słuchaj. Muszę iść przynieść ci coś do jedzenia. - Położyłam książkę obok niej. - Poszłybyśmy razem, ale lekcje mogą skończyć się w każdej chwili kiedy tam będziemy.
- Rozumiem. Nie chcę, żeby mnie ktoś widział w takim stanie. - Uśmiechnęła się blado. - Tylko błagam o jedno. Przynieś coś dobrego. - Zaśmiałam się. Pod skórą tej zmartwionej siostry nadal tkwiła stara Laur. Kiwnęłam głową i wyszłam z dormitorium. Nie było sensu o tej porze rzucać na siebie zaklęcia niewidzialności. Jeśli ktoś się do mnie przyczepi to spławie go, że robię coś dla McGonagall. Będzie to po części prawda i dyrektorka nie będzie mogła zaprzeczyć. Dopiero na parterze zorientowałam się, że nie wiem gdzie jest kuchnia. Wiedziałam coś tam z opowieści. Raczej znajdę to wejście. Moja pewność siebie zniknęła, kiedy zgubiłam się w lochach. Nie wiedziałam, w którą stronę iść. Ruszyłam przed siebie, a kiedy skręcałam poczułam, że się z kimś zderzam. I ja i ta osoba upadłyśmy na ziemię. Odruchowo zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam zobaczyłam wściekłą dziewczynę, która leżała na ziemi przede mną.
- Uważaj jak łazisz. - Warknęła. - I dlaczego nie jesteś na lekcjach.
- Mogę zapytać o to samo. - Blondynka należała do Domu Kruka. Myślałam, że mieszkańcy tego domu są pilnymi uczniami. Dziewczyna posłała mi wściekłe spojrzenie.
- Nie widziałam ciebie, a ty nie widziałaś mnie. Stoi?
- Tak... - Nie wiedziałam jak ma na imię, więc zapytałam o to. W między czasie podniosłyśmy się z ziemi. Dziewczyna wyminęła mnie i już myślałam, że nie odpowie. Ale jeszcze rzuciła przez ramię.
- Selene. Selene Neomajni . - Odpowiedziała w końcu.
- Alicja Sims. - Krzyknęłam za nią. Nie jestem pewna czy usłyszała. Mimo to nadal jestem w kropce. Gdzie jest ta głupia kuchnia?! Stałam tak jeszcze kilkanaście minut, kiedy zza zakrętu wyszedł skrzat domowy nucąc pod nosem jakąś melodię.
- Co nucisz? - Przerażone stworzenie podskoczyło ze strachu. - Nie chciałam cię przestraszyć.
- Niech się panienka nie martwi, z Nutką wszystko będzie w porządku. - Nutka zarumieniła się, ale odpowiedziała na moje pytanie. Czarodziej prosi, czarodziej dostaje odpowiedź. Stara zasada skrzatów. - To taka mugolska pieśń. Hallelujah. - Odpowiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałam. Znałam tę melodię. W Salem zawsze gościła przy okazji Świąt Bożego Narodzenia. Uśmiechnęłam się w duchu.
- Nutko, wiesz może gdzie jest kuchnia? - Skrzatka uśmiechnęła się.
- Oczywiście panienko. Nutka właśnie tam zmierza. - Irytowało mnie, że skrzaty mówią o sobie w trzeciej osobie. Nie można normalnie? Stworzenie przyprowadziło mnie do obrazu gruszki. Połaskotało ją i pojawiła się klamka. Sprytne! Zapamiętałam dokładnie to miejsce, a potem weszłam do kuchni. Było to miejsce pełne skrzatów domowych. Starałam się nie zwracać na siebie uwagi, ale ktoś wykrzyknął, że przyszedł gość. Tak więc zostałam obsypana różnym jedzeniem. Deserami, owocami, daniami oraz napojami. Niosłam tyle ile zdołam unieść, a żeby zmieściło mi się jeszcze więcej dostałam koszyk. Świetnie. Odczekałam aż zacznie się kolejna lekcja. Nie ważne, że się na nią spóźnię. Ni będę lazła tak obładowana przez korytarz pełen znajomych osób.
***
Wieczorem przyszła do nas Nathalie i Molly. Również chciały wspomóc naszą przyjaciółkę. Rose nie prychała na ich widok jak zwykła robić. Trzymała się z boku i siedziała na swoim łóżku. Nie wtrącała się. Jak nie Rose. Coś się musiało stać. Może jestem okrutna, ale nie wierzę w ludzką bezinteresowność. Zbliżała się późna godzina, ale dziewczyna nadal nie chciała zasnąć. Lauren powtarzała, że nie pójdzie spać dopóki z jej siostrą nie będzie wszystko w porządku. Próbowałyśmy różnie. Propozycjami, przekupstwem. 
- Jeśli nie zaśniesz to nie idziesz z nami po sukienki na Bal Zimowy. Ta sobota to jedyna okazja. - Powiedziała Mary. Najlepiej znała Lauren, więc wiedziała co będzie chciała robić najbardziej. Ta jednak tylko wzruszyła ramionami. 
- Obchodzi mnie tylko Olive. - Tak wyglądał jej każdy argument. W końcu Molly miała dość. 
- Czuje się jakbym rozmawiała z dzieckiem. Wszystkie powinnyśmy iść spać, bo jej się nie przekupi. Sen i tak z nią w końcu wygra. - Ruszyła do drzwi, a za nią poszła Nath. Z ręką na klamce obróciła się, kiedy usłyszała moje niespodziewane słowa.
- A może opowiem ci baśń? - To wydawało się takie błahe. Wszystkie wlepiły we mnie wzrok. Nawet Rosemary, która udawała, że śpi. Nie słyszałam sprzeciwu, więc zaczęłam opowiadać...
Dawno, dawno temu, kiedy osada ta nie nazywała się jeszcze Salem, ani żaden zamek w jej okolicy nie stał, żył sobie pewien rybak, Leonard. Leonard stracił rodziców, kiedy był nastoletnim chłopakiem. Wykorzystywał umiejętności, których nauczył go ojciec, by zarabiać na życie. Nie kiedy pracował nawet w nocy, gdy wody były pełne stworzeń, za które dostałby wór kartofli. Lecz ta noc nie była zwyczajna. Leonard postanowił łowić ryby w pełnie. A każdy wie, że noc pełni to nie taka zwykła noc. Tej nocy na świat wychodzą wilkołaki, syreny, niekiedy też wampiry urządzają grupowe łowy, elfy wychodzą by czcić światło tych ciał niebieskich. W noc pełni nie ma miejsca dla ludzi. Leonard nie powinien tam być. A jednak był i był świadkiem pięknego widoku. Gdy syrena wypłynęła na ląd i zamieniła się w kobietę. Kobietę o nie zwykłej urodzie. Piękną kobietę. Leonard jak zaklęty zbliżył się do niej. Mimo, że był człowiekiem także był na swój sposób piękny. Syrena zauważyła to i zakochała się w mężczyźnie bez pamięci. Dziewięć miesięcy później wydała mu na świat córeczkę. Nazwali ją Aqua, czyli woda. Dziewczynka nie miała rybiego ogona, więc nie mogła mieszkać z matką. Widywała ją raz w miesiącu w dzień pełni. Kiedy Aqua miała dziesięć lat, za jej matką, Mare (morze), podążyła rada syren. Odkrywszy, że ma ona dziecko z człowiekiem, zabili ją. Od tego dnia Aqua spędzała każdą pełnię nawołując matkę. Dziewczynka kochała pływać, a kiedy miała piętnaście lat, razem z ojcem odkryła, że potrafi oddychać pod wodą. Nie mówiąc nic ojcu wyruszyła na poszukiwania matki. Zamiast niej znalazła miłość. Zakochała się z wzajemnością w pewnym syrenie. Powiedziała o tym ojcu, ale ten za bardzo kochał Aquę, żeby pozwolić jej odejść. Uwięził ją w sadzawce obok domu, by mogła pływać. Dziewczyna była nieszczęśliwa. Co noc śpiewała smutne pieśni, a pewnego dnia po prostu wyparowała, zamieniając się wodę, by na zawsze móc być ze swoim ukochanym.