niedziela, 2 sierpnia 2015

Rozdział 12

"I fell to the sky falling down"
Wiz Khalifa: "Go hard or go home"
~Alicja~
   Spędziłam tu już tydzień. Z moich obliczeń wynika, że dzisiaj jest wtorek, ostatni tydzień września. Czyli przegapiła trzeci tydzień. Nie wiem czy dziewczyny coś robią, żeby nie wydać mnie nauczycielom. Nie wiem też co powinnam robić. Sypiam na drzewie Czterech Dróg, jedzenie wykradam z kuchni w Instytucie. Myję się i kradnę ubrania u siostry. Przy okazji poznaję wystrój Domu Ogania - bo do niego należy Maddie. Panna. Ich pokój jest w kolorach czerwieni i żółci. Trochę przypomina mi to moje dormitorium w Hogwarcie, ale myślę, że to dlatego, że tęsknie za tym miejscem. Za Mary, Lauren, Nathalie, Molly, innymi Weasley'ami, a nawet za James'em, David'em, Rose i Damon'em. W sumie to jedyne osoby w Hogwarcie, które choć trochę znam. Kiedy wrócę naprawdę muszę poprawić swoje kontakty z innymi. Może poznam Krukonów z roku Nath? O ile wrócę. Wracając do tego pokoju, ściany mają podobny kolor, ale jednak tam jest złoto, tu żółć. Tam narzuty są w obu rodowych kolorach, tu tylko tym jaśniejszym. O wiele bardziej lubiłam moje fioletowobiałe dormitorium. W Salem lubiłam też, że nie było tego ograniczenia pomiędzy domami. Nie było hasła, ale były cztery oddzielne sektory. Jeśli ktoś chciał mógł założyć sobie hasło na drzwi, ale pomiędzy nami nie było nienawiści. Oczywiście zazwyczaj przyjaciół się miało wśród współlokatorów, ale Dom Wody nie nienawidził Domu Ognia, a w Hogwarcie było inaczej. Slytherin nienawidził Gryffindoru, we wszystkim rywalizowali. Tu, w Instytucie, byłyśmy jak rodzina. Często się kłóciłyśmy, czasem nawet śmiertelnie na siebie obrażałyśmy, ale potrafiłyśmy się wspierać nawet w środku największej wojny przeciwko sobie. Niektóre z nas, ba! Większość z nas nawet wymykała się na spotkanie z chłopaki ze Szkoły Czarodziejów, których poznały przy tych czy innych okolicznościach. Wychodziło się w trakcie posiłków, czasu wolnego, czasem lekcji lub przed snem. Najczęściej spotykało się ich w czasie wyjść do naszej magicznej wioski, Salem. W pierwszej klasie chodziło się z opiekunem, a od drugiej można było chodzić samodzielnie. Ja i moje przyjaciółki miałyśmy dwóch przyjaciół w tej szkole, Alex'a i Caleb'a. Poznałyśmy ich już na pierwszej wyprawie. Byliśmy w sklepie. Sprzedawali tam różne magiczne proszki, rzeczy do psikusów itp. Jeden z nich kupił proszek, a potem zaczarowali go i w pewnym momencie cała zawartość wylądowała na Vanessie, mojej przyjaciółce. Była wściekła. Podeszła do nich i spoliczkowała Alex'a. Przestał się śmiać i doszedł do wniosku, że źle zrobił. Kiedy wróciłyśmy na jej łóżku leżały kwiaty i czekolada, i liścik z przeprosinami. Minęły dwa lata, a oni nie powiedzieli nam jak je dostarczyli skoro nie wiedzieli gdzie mieszkamy. Mówili, że pozostanie to ich słodką tajemnicą. I zostało. Może dziewczyny już wiedzą... Obiecali, że będą pisać. I rzeczywiście. Wymieniałam listy ze wszystkimi w wakacje. Dwa razy nawet wpadli w odwiedziny, bo za pomocą teleportacji przeprowadziła ich jedno z rodziców. Teraz pewnie nie mają czasu. Zawsze początek roku zaczynamy z przytupem. W tę sobotę będzie prawdopodobnie wyjście do Salem, więc może coś nakreślą dla mnie. Może już napisali. Ale ja siedzę tu i nie wiem co się dzieje w normalnym świecie. Moi starzy i nowi przyjaciele mogą spędzać czas normalnie. Ucząc się, jedząc, rozmawiając. Tylko mnie trzymają się jakieś chore przygody. Wiele osób, nie czarodziejów, (w Salem tak nie jest powszechne słowo Mugol - autorka) wiele by dało za taką przygodę. Ale nie, dzięki, jechałam już tą karuzelą tak wiele razy, czas z niej zrezygnować. Poszłam do kuchni w Instytucie. Podobnie jak w Hogwarcie, u nas też pracują Skrzaty Domowe. Jest ich mniej, więc mogłę swobodnie przemieszczać się po kuchni. Nawet nie zwracają na mnie uwagi. Do kuchni były dwa wejścia, jedno nie znane, a żeby wejść przez drugie, trzeba było wspiąć się na lufcik na obrazem, który mieści się mniej więcej na wysokość ponad dwóch metrów. Przesunąć kratę i wejść do kuchni. To była pestka, więc skrzaty przyzwyczaiły się do wielu osób w kuchni. Wzięłam termos i nalałam do niego herbaty. Do także zabranej śniadaniówki włożyłam kanapki z serem. Z reszty herbaty i kanapek zrobiłam śniadanie. Usiadłam na parapecie i patrzyłam przez okno na piękny wschód słońca, który było ledwo widać zza drzew. Nie myśląc dłużej, wstałam, zabrałam swoją torbę i wyszłam z kuchni. Kiedy znalazłam się na dworze, popędziłam do drzewa Czterech Dróg. Rzuciłam tam torbę i pobiegłam na zachód, gdzie znajdowało się może. Zjechałam po łagodnym zboczu klifu i już byłam na plaży. Mogłam podziwiać piękny wschód, który tak rzadko mogłam oglądać. Widziałam to tylko trzy razy. Raz z moim przyjaciółmi z Salem, kiedy specjalnie wstaliśmy w sobotę wcześnie i cały ciepły dzień spędziliśmy na plaży. Podziwialiśmy i wschód słońca, i jego zachód. Drugi raz widziałam to z Ian'em, moim bratem. Lubię bardziej jego niż moją siostrę. Kiedy byłam mała czytał mi książki, oglądał ze mną "mugolskie" filmy, uczył mnie o różnych innych magicznych gatunkach, pomagał w lekcjach i to on zapoczątkował moją miłość do książek o Hobbitach, Krasnoludach, Elfach. Ach, Elfach. Nigdy nie myślałam, że mogę być takim cudownym stworzeniem, ale na co mi skoro nie wiem jak wykorzystywać te głupie moce? Nie wiem czego od mnie chciały, kiedy to wojsko było tu ostatnio. Przynajmniej się więcej nie pojawili. Wracając, moja siostra już skończyła Salem, kiedy ja do niego przybyłam. Ona zawsze żyła w swoim świecie. Zazwyczaj była spokojna i opanowana, ja i mój brat byliśmy inni. Kiedy budziliśmy się rano, rodzice nie wiedzieli na jaki trafią humor. A u Madeline zawsze był tylko spokój. Nie mieszała się w kłótnie, ale często z nami żartowała. Teraz pracuje u Madame Fox, która sprzedaje ubrania na Pokątnej.
   Trzeci raz zobaczyłam wschód w te wakacje. Na łące w Dolinie Godryka. To była pierwsza noc w nowym domu. Nie umiałam tam spać, więc poszłam zwiedzić wioskę przed świtem. Poszłam na łąkę i po raz pierwszy wtedy zauważyłam... jego. A teraz powoli szedł plażą w moją stronę. On, tygrys. Wielki kot. Widziałam go wtedy, w wakacje. Szedł tak samo. Wolno zwierzał w moją stronę. Wolno się podniosłam. Zaryczał cicho, więc musiałam się zatrzymać w pozycji "Gotowi". Tułów podniesiony, ale kończyny na ziemi. Nie wiem co chciał wtedy, bo uciekłam. To był ten dzień, kiedy wpadłam po raz pierwszy na James'a. Użyłam zaklęcia niewidzialnego i uciekłam i je mu. Teraz muszę temu stawić czoła. Jestem pewna, że to ten sam zwierz. Czarnofioletowobiała maść. Tam gdzie normalny tygrys jest pomarańczowy, ten był czarny. Gdzie zazwyczaj czarny, fioletowy. Biały miał swoje zwykłe miejsce. Zbliżał się coraz bardziej. Był jakieś pięć metrów od mnie, ale ja się nie bałam. Patrzyłam mu w oczy z odwagą. I nagle poczułam jak moje ciało się zmienia. Obrastam pomarańczowym futrem. Zaokrągla mi się twarz. Spojrzałam w czarne oczy tygrysa. O cholera! Też jestem tygrysem! Tyle, że normalnym. W jaki sposób? Mam też problem z normalnym myśleniem!
~ Spokojnie, dziewczyno. Uwolniłem z ciebie twojego animaga, tygrysa. Moja droga, jesteś animagiem. Kiedy będziesz chciała będziesz mogła się z powrotem zamienić, ale proszę, wysłuchaj mnie. ~ Coś sprawiło, że potrafiłam mu ufać, więc kiwnęłam łbem, ale nadal  nie spuszczałam z niego wzroku. ~ Przysyła mnie elf. Książę Legolas. ~ Czy odpowiedzi serio mają takie super wyczucie? Przynajmniej fajnie, że moja ulubiona książka jest prawdziwa. Ale to elf... Od razu skojarzyło mi się z wojskiem, więc odruchowo się cofnęłam. Tamten od razu zareagował szybkim wytłumaczeniem. ~ Nie uciekaj! To nie książę wysłał po ciebie żołnierzy, tylko król. Książę chce przekazać ci wiadomość. Zrobiłby to osobiście, ale stwierdził, że uciekniesz. ~ Ucieknę. Super cechy Gryfonki, nie? Ale i tak miał rację. Inteligentne stwierdzenie, godne elfa. ~ Już wiedzą jak cię wyciągnąć. Ona zrobi to nie długo.
- Jaka ona? - Wtrąciłam, ale zamiast moje głosu usłyszałam warkot. Dziwne, ale on zrozumiał.
~ Nie mogę powiedzieć, bo mnie zabiją. ~ Wzdrygnęłam się mimowolnie. Ale on tłumaczył dalej. ~Nie książę, ale wojsko będzie musiało. Taki mają układ. Książę chciał też przekazać, że kiedyś się z tobą zobaczy. Nie chce, żebyś uciekła. Obiecał, że do niczego cię nie zmusi. Rozpoznasz go. Wysoki blondyn, niebieskie oczy, łuk i koń. Więcej wojska nie będzie, król i książę na to nie pozwolą. Mówił, że nie jesteś bronią tylko człowiekiem. Koniec wiadomości. A teraz odpręż się i wyobraź sobie siebie jako człowieka. ~ Zrobiłam tak i poczułam jak się zmieniam. Wyglądałam tak jak wcześniej.
- Dziękuję. Obiecuję, że nie ucieknę. - Odwarknął coś, ale w postaci człowieka chyba nie mogę z nim rozmawiać. Skłonił łeb, ja zrobiłam to samo i odszedł w swoją stronę. Muszę teraz przetrawić tą wiadomość. Jestem chyba najmłodszym animagiem w historii. I do tego nawet nie umiem wyczarować patronusa! Okey. Więcej wojska nie będzie. Super. Nie jestem bronią, a człowiekiem. Miłe, aczkolwiek bronią? Kim ja do cholery jestem?! Stop, ja chcę zejść z tej karuzeli! Legolas, z który, chciałam się spotkać jako dziecko, teraz chce się spotkać ze mną. Jedyna rzecz, która mi się jako tako podoba. Nie zapytałam tylko czego chciał ten tygrys, kiedy był za pierwszym razem. Trudno. Mam przeczucie, że jeszcze kiedyś się pojawi. Na razie muszę chyba od nowa zapoznać się z ich historią. Zerknęłam na parę książek w Hogwarcie, ale tam wyszło, że elfy to głupie chochliki, więc muszę szukać gdzieś indziej. Tylko gdzie? Może u pana Saltzmana coś będzie. To bardzo prawdopodobne, o ile nie patrzy na elfy tak jak inni czarodzieje. Będę się tym zajmować, kiedy wrócę, bo w końcu obiecali, że "ONA" mnie wyciągnie. Trzymam ich za słowo.
   Zjadłam śniadanie na plaży i wróciłam na drzewo. Co mogę robić przez resztę czasu, które mi tu zostało. Może pójdę do biblioteki i poszukam czegoś o Elfach. Tak, to dobry pomysł. Nie mieliśmy tu Działu Ksiąg Zakazanych, bo i tak większość z nas potrafiła być nie widzialna. Jednak musiałam użyć tego zaklęcia, bo teraz jeszcze nie chodzę do szkoły. Szukanie odpowiedniej książki zajęło mi godzinę. W końcu wybrałam "Najróżniejsze gatunki  magiczne". Wyszukałam spis treści i literę "E". Znalazłam dwa gatunki Elfów, Leśne i Mroczne. Mnie chyba interesują te Leśne. W książce nie było wiele informacji. Jedynie, że nie umierają ze starości, ale można je zabić lub mogą umrzeć ze smutku. Był tam jeszcze opis ich wyglądu, ale nic więcej co by mnie interesowało. Mam nadzieję, że nasz nauczyciel obrony będzie coś miał. To jedyna moja nadzieja na informacje. Znalazłam jeszcze jedną interesującą książkę. Była ona o stworzeniach światła i cienia. Były opisane różnice pomiędzy nimi i podane gatunki. Okazało się, że jako czarownica należę do stworzeń cienia, a jako elf leśny światła. Czyniło mnie to stworzeniem neutralnym, czyli, cytuję: Stworzenia neutralne. To te, które nie wybrały jeszcze swojej drogi. Zazwyczaj nie wiedzą, że mają wybór, ale zdarzają się takie przypadki. Wówczas przez krwawą ceremonie wybierają swoją drogę. W ten sposób żegnają jedną postać, by przybrać drugą. Ceremonii muszą dokonać do siedemnastych urodzin. Muszą też dźgnąć się specjalnym mieczem danego gatunku, który ma wybrany władca danego gatunku. Czyli będę musiała wybrać, elf lub czarownica. Mam jeszcze czas. Trzy lata, które miną za szybko. To pewnie wtedy "wielki książę" postanawia przyjść. Podobno nie zmuszać mnie do wyboru. Moja decyzja musi być gotowa wcześniej. Muszę znaleźć wszelkie dostępne źródła wiedzy. Muszę...
   To takie śmieszne. Muszę zrobić tyle rzeczy, a co ze szczęściem? A, no tak, zapomniałam, szczęście wyszło z mody. Teraz trzeba służyć, dzielić, rządzić. I to samo robią stworzenia światła, Ludzie, Elfy leśne, Krasnoludzi, Hobbici, Zmiennokształtni, Żywiołaki, Jednorożce, i stworzenia cienia, Elfy mroczne, Wampiry, Wilkołaki, Orkowie, Gobliny, Diabły, Kelpie, Czarownice. I wszystko inne uważane za złe. Część tych "złych" nawet nie ma wyboru, nigdy nie wiesz, czy nie urodzisz się z genem wilkołactwa albo nie przemieni cię wampir. Mogę też zapewnić, że nie zrobiłam z siebie czarownicy. Nie miałam na to wpływu. Nikt nie miał, rodzimy się tymi, kim się rodzimy. Mamy wpływ dopiero na tych, którymi się stajemy. Z drugiej strony, interesuje mnie kto napisał tę głupią książkę! Zapewne jakaś istota dobra, może Leśny Elf, może Człowiek, może Krasnolud. Ale na pewno nie wampir, czarownica, czy wilkołak. Te stworzenia są zbyt inteligentne, żeby zwracać uwagę na takie pierdoły! A ja muszę wziąć tę książkę, muszę wiedzieć kto napisał te bzdury.
   Więc włożyłam książkę do torby i wyszłam z biblioteki. Spędziłam w niej trochę czasu, ale do kolacji nadal pozostawała długa godzina. Postanowiłam pójść jeszcze raz pod drzewo. Może to ostatni raz, kiedy mogę je zobaczyć. Podróż była za krótka. Wolałabym, żeby trwała wieki. Albo chociaż, żebym mogła czasem przycisnąć przycisk "Powtórz", ale to nie film, nie bajka, nie książka, to cholerne życie, cholernie prawdzie. Cholerne życie usłane płatkami goryczy. Płatkami goryczy.
   Od razu zorientowałam się, że jest coś nie tak. Na drzewie widniał napis. Był napisany w nieznanym mi języku. Skoncentrowałam się na słowach, a ich litery nagle zaczęły się magicznie zmieniać. Cały napis głosił: Jeśli możesz to przeczytać, to znaczy, że jesteś silniejsza niż myślę. Niż wszyscy myślą. Mam nadzieję, że spotkałaś się z Tigaro, moim wysłannikiem. Nie spotkałem się z nim jeszcze. W sumie, sam nie wiem dlaczego piszę to po elficku. Myślę, że w duchu chcę, żebyś tego nie przeczytała. Nie wiem, czy wiesz, ale przed siedemnastym rokiem życia będziesz musiała dokonać wyboru. Nie możesz być dwoma gatunkami na raz. Nikt nie może. Więcej wytłumaczę ci przy naszym spotkaniu, które, jak się domyślasz zapewne, odbędzie się trochę przed twymi siedemnastymi urodzinami. Oni nie mogą wiedzieć, że to napisałem. Żegnaj, a raczej do zobaczenia. - L
   Miałam rację. Mój elficki mózg już chyba działa. Spotka się ze mną przed moją siedemnastką. A może to nie mózg, tylko czysty przypadek, bo znalazłam książkę. Sama nie wiem. Teraz mam trzy lata na zastanowienie się nad najważniejszym wyborem. A potem po mnie przyjdą łapy przeznaczenia. A od nich nie ucieknę. Mam ograniczony czas wolności. Elf. Czarodziejka. Ja. Nie ja.
   Trwała teraz kolacja. Wszyscy byli na kolacji, a przynajmniej powinni być. Przeprałam "pożyczone" ubrania od siostry i wysuszyłam za pomocą czaru. Wzięłam nowe i poszłam się umyć. Wyszłam z łazienki. Chwyciłam moją torbę i już miałam wychodzić, ale nagle otworzyły się drzwi. Mogłam się schować, uciec, ale doznałam szoku i nie mogłam się ruszyć. Otworzyły się drzwi i weszła przez nie Pauline Bennet. Zauważyłam zmiany w jej wyglądzie. Teraz ma proste włosy do połowy żeber. Wtedy były kręcone i do ramion. Patrzyła na mnie chwilę, a potem nastąpiło coś dziwnego. Na zmianę widziałam dwunastolatkę w szacie z Salem, a dwudziestolatkę w szacie nauczyciela Hogwartu. Obie coś mówiły, ale ich nie słyszałam. Widziałam tylko jak poruszają ustami i niebezpiecznie wpatrują się we mnie, groźnie. Chciałam krzyczeń, uciekać, robić cokolwiek, byleby robić cokolwiek! Ale nie mogłam, nogi były z ołowiu, krzyk uwiązł w gardle, a umysł był bliski obłędu. I w tym momencie wszystko zaczęło blednąć, a ja spadałam. Znów była tylko ciemność. Czy pani Pauline Bennet, nauczycielka elikirów, była "JĄ", elfem?!
~*~
Rozdział jest krótszy od poprzedniego,
ale to dlatego, że  piszę tylko jedną postacią.
Prawie siedem stron, to w sumie dużo
jak na pisanie tylko Alicją...
No cóż, spoiler:
W następnym wraca Ali do Hogwartu!
13 już za tydzień!
- A

niedziela, 19 lipca 2015

Rozdział 11

 Drogi pamiętniku, wiewiórka zapytała dzisiaj o moje imię. Przedstawiłem się 
jako Joe. To kłamstwo będzie chodzić za mną przez wieczność.
Damon Salvatore, Pamiętniki wampirów
~.~  
Obudził ich głośny łomot w drzwi. James, David, Luis i Mark wymienili spojrzenia. Żaden z nich nie spodziewał się gości. Jednak trzeba było coś zrobić. Potter skinął na Davida i razem wolno podeszli do drzwi. Różdżki mieli w pogotowiu. Szatyn pokazał trzy palce. Potem schował jeden i drugi, a kiedy trzeci, otworzył drzwi i już mieli rzucić zaklęcie, ale spostrzegli się kto stoi pod drzwiami. 
- Mogę wejść? - Zapytała Lily. Jej brat tylko kiwnął głową. Dziewczyna uśmiechnęła się i weszła do pokoju. Miała ze sobą kufer i klatkę z jej kotem. Czyżby uciekła? Przyjaciele jeszcze raz wymienili spojrzenia, a potem James walnął prosto z mostu.
- Uciekłaś z domu? - To na pewno nie było pytanie. Raczej oburzenie. Dziewczynka uniosła wysoko głowę. Niczym królowa, królowa, która ma zaraz wydać wyrok śmierci.
- Tak. - Powiedziała to bez emocji. Jedno trzeba było jej przyznać. Była nieobliczalna. Potrafiła od tak wyjść z domu i gdzieś pójść, ale tylko wtedy kiedy miała ważny powód. I nie, jej ważnymi powodami nie były lalki czy kaprysy. Ważny powód był taki jak ten.
- Dlaczego? - Zapytał zrezygnowany brat. Wiedział, że od tak by nie uciekła. Kochał ją, ale nie miał sił brać na plecy i jej problemów. Nie lubiłm kiedy pojawiały się one w środku nocy.
- On mnie uderzył. - Powiedziała bez ogródek i szybko uprzedziła pytanie brata, który już otwierał usta, żeby coś powiedzieć. - Ojciec. Wkurzył się na Dracona Malfoy'a. Zaczął rzucać talerzami i kubkami. Był w ślepej furii. Próbowałyśmy go z mamą uspokoić, ale on ją odtrącił tak mocno, że zemdlała na chwilę. Mnie uderzył. Tutaj. - Pokazała wielką bliznę na szyi. Ciągnęła się ona od prawego ucha, aż do obojczyka. 
- Co on zrobił? - Po raz pierwszy odezwał się David, który dotychczas się tylko przysłuchiwał całej rozmowie. - W jaki sposób ten ślad jest taki wielki. - Zapytał, przypatrując się mu uważnie.
- Zrobił to różdżką. Miał ją w ręku, kiedy podeszłam i po prostu... - Westchnęła głośno. - Ostrym końcem przejechał po mojej szyi. - Opowiedziała to wszystko spokojnie. Nie po płakała się. Płakała bardzo rzadko, mimo ogólnych przesądów o niej, była twarda, tak jak Ginny. Dzisiaj był wyjątek, bo ojciec naprawdę się bała. Bała się, że ją zabije.
- Nie możesz tam wrócić. - Powiedział sucho jej brat. - Nie mam zamiaru ryzykować. Będę spać na podłodze, a ty możesz na moim łóżku. - Ruda kiwnęła głową, a on położył jej ręce na ramionach. - Będzie dobrze. - Uśmiechnął się sztucznie, ale siostra pokręciła głową.
- Nie, nie będzie. James, on już udaje parę lat. Nie wiem co się stało, kiedy Albus wyjechał, ale coś strasznego. To wtedy się zmienił. Zmieniał się stopniowo, od niedawna pokazuje swoją prawdziwą naturę. Ale nie da się już z tym nic zrobić. Za późno.
- Nie myśl tak pesymistycznie, zawsze da się coś zrobić. - Skarcił ją McKonley. 
- To nie myślenie pesymistyczne. - Odpowiedziała. - To pogodzenie się z sytuacją. A teraz wybaczcie, ale pójdę się przebiorę. - Wzięła rzeczy i poszła do łazienki. Przyjaciele znów wymienili spojrzenia. James rozejrzał się po pokoju.
- Gdzie chłopaki? - Miał nadzieje, że nie usłyszeli rozmowy. Byłoby bardzo źle.
- Spokojnie, wyszli kiedy przyszła Lils. Nic nie słyszeli, są w Pokoju Wspólnym. - Kiwnął głową.
- Jak myślisz, możemy coś z tym zrobić? - Zapytał Potter z nadzieją. David westchnął ciężko.
- Nie wiem. Może być ciężko. Jeśli tak ją zranił... - Przerwał na chwilę i podrapał się po głowię. - Myślę, że powinieneś porozmawiać z rodziną i zaproponować, żeby to zgłosić. 
- To by pogrążyło. David, to mój ojciec, nie mogę mu tego zrobić.
- Ale zobacz, co on zrobił twojej młodszej siostrze. - Bronił swojego zdania blondyn.
- Jak ona by sobie z tym poradziła? - Zapytał i oparł głowę na ręce. Drugi chłopak nareszcie się uśmiechnął. To wróżyło coś dobrego i taka była prawda.
- Myślę, że twoja siostra jest bardzo silna psychicznie i poradziłaby sobie z takim czyś lepiej niż ja czy ty. To samo tyczy się twojej mamy. - Na tym zakończyła się rozmowa, ponieważ młoda Potter wyszła z łazienki. Mimo to, James nadal myślał nad tymi sprawami, a kiedy zasnął nawiedzały go koszmary o właśnie takiej tematyce...
~Mary~
 Zamurowało nas. Wymieniłyśmy z Lauren zszokowane spojrzenia i rzuciłyśmy się na podłogę, ponieważ dziennik upadł. Moja przyjaciółka chciała go podnieść, ale złapałam ją za nadgarstek.
- Nie dotykaj. - Szepnęłam, ponieważ nie mogłyśmy obudzić Davis. - Nie wiesz czy jeszcze nie jest przeklęte i ty też tam trafisz. Lepiej zaczekajmy na Molly i zdecydujemy co dalej.
- Może do niej pójdźmy. Tutaj możemy kogoś obudzić. - Słusznie zwróciła uwagę, więc kiwnęłam głową, ale jedna rzecz nadal zostawała nie rozstrzygnięta.
- A jak weźmiemy dziennik. Przecież nie możemy go dotykać. - Upomniałam ją.
- Mam pomysł. Tylko go nie kwestionuj. - Uprzedziła mnie. Westchnęłam na znak poddania się. Lauren wzięła do ręki koc i schowała w nim rękę. Potem podniosła dziennik i trzymała go przez materiał. Pomysłowe. Kiedy nic się nie stało, odetchnęła z ulgą. - Wiedziałam, że to dobry pomysł! 
- Tak, przyznaję ci rację. Czasem za dużo się martwię i zastanawiam. - Przyznałam się do moich zachowań. - Idziemy? - Kiwnęła głową i na palcach udałyśmy się na korytarz. Kiedy się obróciłam, zobaczyłam, że Molly stoi na schodach. Pewnie już do nas szła.
- Co się stało? - Zapytała Weasley, a my wymieniłyśmy spojrzenia. Wyszło, że ja mam mówić.
- Opowiem ci, ale najpierw musimy iść do twojego dormitorium. - Kiwnęła głową i udałyśmy się na górę. W jej dormitorium opowiedziałam całą historię, jak to nie chciałyśmy dłużej czekać, jak Ali dotknęła dziennika i zniknęła, jak nie wiemy co robić i że nie wolno go dotykać. Szatynka długo się zastanawiała, czasem nawet myślała na głos. My czekałyśmy w napięciu.
- Zrobimy tak. - Odchrząknęła, westchnęła i ponownie spojrzała na nas. - Jedna z nas się przeniesie. - Chciałam protestować, ale nie dała mi dojść do słowa. - Skoro Alicja już tam jest, nie może być tam sama. Jesteście jej przyjaciółkami, a ja chętnie nią będę. Jedna z nas musi tam pójść. Tu zostanie jeszcze trzy inne, żeby wyciągnąć resztę. - Wytłumaczyła, ale mi nadal nie podobał się ten pomysł. - Rozumiem, że może nie być chętnych, więc skoro to mój pomysł, ja mogę to zrobić. - Nie powiedziała tego zasmucona czy z przechwałą. Powiedziała to, ponieważ uważała, że to jej obowiązek. Obowiązek wierności przyjaciołom. Nie chciała tego robić, ale zachowała się jak prawdziwa Gryfonka. Odważna i wierna. Naprawdę prawdziwa Gryfonka.
- Ja to zrobię. - Te słowa wypłynęły z ust Livvi. Spojrzałam na nią zszokowana. To samo zrobiła Molly. - Nathalie tu taj nie ma. Ty, Mary, zawsze uważasz na wszystkich, jesteś spostrzegawcza i potrzebna tu. A ty, Molly, jesteś za zaradna, żeby tam pójść i zbyt inteligentna. Reszta naszej grupy nie poradzi sobie, jeśli któraś z was pójdzie. Tylko ja nie jestem potrzebna wam, więc chce pomóc Ali. - Je słowa mnie zszokowały. Nie mogłam powiedzieć żadnego słowa. Czułam się tak, jakbym nagle straciła zdolność mówienia. A to wszystko dzięki jej słowom. Jej pustym słowom, które z pozoru nic nie znaczą, ale dla mnie znaczyły dużo. Czułam, że tak samo myśli Weasley. - Więc ja idę i nie powstrzymacie. - Wstała i szybko dotknęła dziennika. Wstrzymałam oddech... Ale nic się nie stało. Dziewczyny też się zdziwił. Thomas podniosła rękę i jeszcze raz dotknęła nią dziennika. Nadal nic. Dotykała każdy milimetr stron, ale nic się działo. Zrozpaczona wróciła na miejsce.
- Nic. Klątwa wygasła? - Zagadała ją szatynka, żeby dziewczyna nie myślała o swojej nie użyteczności. Dziewczyna chwilę się zastanowiła, a potem podniosła głowę olśniona.
- Albo to była klątwa przeznaczona tylko dla niej. - Spojrzałyśmy na nią zaciekawione.
- Co? - Wydukałam, bo na więcej nie było mnie stać. Co ona wymyśliła. - Przecież to głupie. Kto i w jaki sposób miałby to zrobić? - Zapytałam. Nie wierzyłam w to rozumem, ale jakiś skrawek mojego serca wierzył w to. To mógł być spisek. Tylko kto to mógł zrobić.
- Nie wiem kto, nie wiem jak, ale wiem gdzie możemy znaleźć odpowiedź. - Przez chwilę nic nie mówiła, wyczekując naszej reakcji. Kiedy zobaczyła, że nie protestujemy, kontynuowała. - Musicie mi tylko pomóc zdobyć hasło do Pokoju Wspólnego Ślizgonów.
- Po co ci hasło do tego pokoju? - Zapytała Weasley. Przeniosłam na Lauren pytające spojrzenie.
- Kiedyś potrzebowałam Mapy Huncwotów. - Wytłumaczyła nam co to jest. Muszę powiedzieć, jestem pod wrażeniem, że wykonał to jego dziadek. - James mi ją dał, a ja nie oddałam mu jej na noc. Obudziłam się w nocy i zobaczyłam, że nie ma Alicji. Więc sprawdziłam na mapie gdzie jest. Wyszła z Pokoju Życzeń. - O tym miejscu wiedziałam, ale myślałam, że spłonęło. Najwidoczniej dużo rzeczy mnie tu jeszcze zaskoczy. - A zaraz za nią wyszedł pewien Ślizgon. On musi coś wiedzieć, bo spotkała się z nim przynajmniej jeszcze raz. - Obie kiwnęłyśmy głowami, na znak, że się zgadzamy.
- Okay. To kiedy idziemy. - Zapytała mieszkanka prywatnego dormitorium.
- Niedługo. Niedługo. Myślę, że przed obiadem będzie idealną porą. - Odpowiedziała mulatka.
~Damon~ 
   Próbowałem znaleźć informacje. Na próżno. Obiecałem babci, że się dowiem o niej cokolwiek.  Gdybym złożył obietnicę mamie, tacie, komuś z moich przyjaciół, czy Susan, bez problemu bym ją złamał. Ale obietnic danych babci nigdy nie złamałem, nie wybaczyłaby. Nie wybaczyła dziadkowi, kiedy chciał zrobić z niej służącą. Miałem wtedy sześć lat. Byłem u nich. Dziadek był pijany. Pamiętam to, jakby zdarzyło się przed chwilą. Jakbym znów tam wrócił. Nie chciałbym.
Siedziałem w ogrodzie i bawiłem się razem z babcią. Śmiała się, wtedy ostatni raz. Dziadek był miłością jej życia. Poświęciła dla niego wszystko. Nagięła zasadę swojego rodu. A to wszystko tylko dla miłości. W pewnym momencie pojawił się na podwórku. A raczej się wwlekł. Był pijany, ledwo utrzymywał się na nogach i upadał nie raz. Wtedy ostatni raz zobaczyłem w oczach babci łzy.
- Kobieto, przynieś mi tu różdżkę. Natychmiast. - Wybełkotał. Babcia ledwo zachowała spokój.
- A właśnie, że jesteś. - Zawsze był szarmancki i dobry. Ale wtedy był nie obliczalny. - No szybciej s**o. Ile mam czekać. - Babcia przełknęła ślinę. Podeszła do niego.
- Nie jestem twoją służącą. - Wysyczała i położyła mu ręce na skroniach. Chciał je strzepnąć, ale stracił nad nimi kontrolę. Babcia zaczęła wypowiadać jakieś zaklęcie, w nieznanym mi języku. Źrenice dziadka gwałtownie się powiększyły, a za chwilę wróciły do normalnego stanu. Jakby nigdy nic wyszedł i już nigdy nie wrócił. Babcia uśmiechnęła się miło do mnie.
- Damon, widzisz jak to jest. Z miłością trzeba uważać. Musiałam to zrobić, nie zniosłabym patrzeć, na niego po czymś takim. Zapomnij o nim. Już nie wróci.
Z biegiem lat dowiedziałem się, że zmodyfikowała mu pamięć. Pamiętał, że był naszym sąsiadem. Zapamiętał każdą chwilę spędzoną ze mną, ale nie z babcią Przykre, ale niestety prawdziwe. Staruszka nie lubi Susan, ale naprawdę bardzo lubi mnie. Cała rodzina myślała, że wychowała się w Anglii i chodziła do Hogwartu. Tylko ja i dziadek znaliśmy prawdę. Uczęszczała do Salem. Tak, tam gdzie Alicja. Nadal jest tam szanowaną osobą i wtajemniczaną w wiele spraw. Często jest też proszona o rady. Ono powiedziała mi o nowej nauczycielce z Salem, wytłumaczyła tamtejsze zasady i kazała obiecać, że będę ją mieć na oku. Powiedziała mi też, że powinienem zaaranżować spotkanie z Alicją. Dlatego zaciągnąłem ją do tego wagonu i zagadywałem jak się da. To dlatego wysłałem jej tę kartkę. Była dla mnie tylko obiektem, z którego dało się wyciągnąć informacje. Niestety zawaliłem sprawę i informacje przeszły mi koło nosa. Ona zaś się w to zaangażowała i niedługo będzie wiedzieć wszystko, a ja nic. Babcia uważa, że ona kombinuje coś złego i trzeba ją szybko pogrążyć. Zszedłem do lochów na eliksiry. Wspominałem kiedyś, jak bardzo nienawidzę poniedziałków? Przeczesałem palcami włosy. Szukałem tych głupich informacji cały weekend. Nie jestem w najlepszej formie. Rozejrzałem się za moimi przyjaciółmi. Dopiero po chwili zobaczyłam machającą do mnie Roxie. Odmachałem jej i uśmiechnąłem się. Znam ją dość długo. W końcu mieszkamy w jednej wiosce. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem także rudą, Vic, Nott'a i King'a. Czyli prawie cała nasza paczka, przynajmniej z trzeciej klasy. Należeli jeszcze do niej Scorpius i Fred Weasley, ten pierwszy jest na drugim roku, a drugi na czwartym. Wszyscy się dziwią, kiedy widzą tego ostatniego z nami. Przez cały pierwszy rok był trochę załamany. Wołał być w rodzinnym domu. Ale kiedy mój rocznik przybył do Hogwaru, wszystko się zmieniło. Obronił nas od rok starszych Gryfonów i tak zaczęła się nasza przyjaźń. Po krótkim czasie dowiódł, że jest spoko. Nadal zachowuje normalne relacje z rodziną, a oni szanują jego wybór. Przyjaźni się też z nami i nawet czasem drwi z mieszkańców domu lwa, jeśli tylko nie czepiamy się jego rodziny. Nie rozmawiamy długo, bo szybko zaczyna się lekcja. Stwierdziłem obserwować każdy jej ruch, od tej lekcji. Siadam pomiędzy Justine, a Nott'em. Koło niego siada jeszcze John (King). Roxanne i Victoria siadają przed nami, a obok nich siadają jeszcze dwoje mieszkańców naszego domu. I nareszcie wchodzi nasza gwiazda - Pauline Bennet. Przyglądam jej się uważnie. Nie chlubi się magią. Podstawowe czynności wykonuje sama. Dziś nawet sama zapisuje nazwę pewnego eliksiru. Tym razem znów po łacinie. Odkryłem, że w poniedziałki, kiedy mamy dwie godziny, robi lekcje z eliksirami z Salem. W piątki zaś angielskimi. Tym razem na tablicy pojawiła się nazwa Polyjuice supponemus. Kobieta skończyła pisać i odwróciła się przodem do nas. Nakazała, żebyśmy zapisali tę nazwę. Nie robiła w tym czasie nic szczególnego.
- Ktoś wie jaka jest angielska nazwa tego eliksiru? - Zapytała, kiedy skończyliśmy pisać. W górę poleciały trzy ręce. Moja oczywiście nie, choć znałem odpowiedź. Co dziwne, nie widziałem wśród nich ręki Alicji. Po rozejrzeniu się, dostrzegłem, że nie siedzi na swoim miejscu - pomiędzy Molly Weasley, a Mary Simpson. Jedna z podniesionych rąk należała do tej drugiej. Sims najwidoczniej daje jej korki, a teraz jej nie ma, bo rozwiązuje MOJĄ zagadkę. Na którą JA mam znać odpowiedź.
- Kto normalny zna takie nazwy?! - Mruknęła ruda, ale ja nie zareagowałem. Ręce podnieśli też mój kuzyn, syn siostry mojego ojca. Ciekawe skąd zna tę nazwę. Pewnie czytał kiedyś u babci o eliksirze wielosokowym. Trzecie ręka należała do James'a Potter'a, najlepszego przyjaciela Davida. Pewnie przed chwilą podzielił się z nim tą informacją. Nauczycielka odczekała chwilę, aż w końcu stwierdziła, że więcej rąk nie będzie. Przyjrzała się trzem twarzą śmiałków, aż jej spojrzenie spoczęło na mojej twarzy. Co ja takiego znowu zrobiłem? Że niby czemu ja?
-  Może pan Smith mi powie? Z tego co pamiętam z ostatnich zajęć przynosił same W. - Przypomniała całej klasie. Założyła ręce w pozycji zamkniętej. - Słucham. - Pośpieszyła. WIEM.
- Polyjuice supponemus. Eliksir wielosokowy. Jeśli zmiesza się odpowiednie składniki. Będzie można przez określony czas wyglądać jak dowolna osoba, której np. włos wrzuci się do eliksiru. Czas zależy od ilości składników, ale eliksir musi ważyć się miesiąc. - Wyrecytowałem, ale niestety moje zmagania poszły na nic, bo nauczycielka nie była pod wrażeniem. 
- A wymienisz na dwa składniki? - Uczepiła się. Westchnąłem. Jaka ta baba jest upierdliwa. Jestem pewny, że Simpson z chęcią by odpowiedziała na to pytanie. Ale dam sobie radę.
- Sproszkowany róg dwurożca, pijawki, much siatkoskrzydłe oraz np. włos osoby, w którą chcesz się zmienić. Zamiast włosa może też być paznokieć, krew i wiele innych. - Kiwnęła głową i już chciała zadać kolejne pytanie, nawet otworzyła usta, ale drzwi się otworzyły i weszła przez nie dziwnie ubrana kobieta. Miała strój jakiejś pradawnej wojowniczki w kolorach zielonym i brązowym. Ciemne włosy były starannie zaczesane. Ale najdziwniejszy był kawałek ucha przybyłej. Wystawał spod włosów i był bardzo szpiczasty. Widziałem to tylko przez sekundę, bo kobieta poprawiła szybko włosy, tak jakby widziała, że się jej przyglądam. Ale to było nie możliwe, ponieważ nie patrzyła na mnie, a ja robiłem to ukradkiem. Szok powoli znikł z twarzy profesorki, a jego miejsce zastąpiła determinacja. Mówiły szybko w nie znanym mi języku. Na pewno nie była to łacina. Wychwyciłem tylko jedno słowo, wymawiane przez przybyszkę, Paule. To pewnie znaczy Pauline w jakimś języku. Niestety nie wiem w jakim. Doszedłem do wniosku, że Jane Doe* prosi o coś Bennet. Wydaje mi się, że się zgodziła, bo kiwnęła głową. Doe wyszła tak szybko jak weszła. Nauczycielka mnie już nie pytała, ani nikogo innego. Często traciła wątek swoich słów, nie słuchała pytań zadawanych przez uczniów i równie często zamyślała się. Cokolwiek powiedziała Jane, to ją rozproszyło.
   Wyszedłem z sali jako ostatni i skierowałem się do Wielkiej Sali. Niestety w połowie drogi pojawiły się przed mną cztery postacie. Alicja, Mary, Lauren oraz Molly.
- Mamy problem. - Powiedziała ta ostatnia. Westchnąłem głośno na znak irytacji.
- Ja też. Stoicie pomiędzy mną a obiadem. - Odpowiedziałem nadal zirytowany.
- Ale to może cię zainteresować. - Powiedziała spokojnie Thomas. Dla spokoju ustąpiłem.
- Macie pięć minut, żeby mnie przekonać. - Odpowiedziałem, lecz na takie informacje nie byłem przygotowany: Alicja jest w dzienniku, dziewczyny na zmianie ją udają, dzięki eliksirowi wielokowemu, nie wiedzą jak mają ją wyciągnąć. Miały rację. Zainteresowało mnie to.
 ~Mary~
   Alicji nie ma już tydzień. Wszystkim mówimy, że jest chora i nie może wstawać z łóżka. Na zmienię udajemy ją dzięki eliksirowi. Powoli zaczyna mi brakować składników, ale szczególnie czekoladowej mięty. Dzięki temu składnikowi można szybciej uwarzyć ten eliksir. Jak się okazało Lauren była nam nieocenienie potrzebna. Pożyczała od James'a Mapę Huncwotów, która przydawała się, kiedy Livvi i Molly włamywały się do składziku na składniki. Nie mogły brać dużo, ponieważ Khan lub Bennet mogliby się zorientować. Ale to nie byli oni.
   Po transumatcji udałyśmy się na trzecie piętro, miałyśmy tam obronę przed czarną magią. Usiadłam z Lauren w jednej z ostatnich ławek. Za nami siadła Molly, z którą siadła Nath. Na ostatniej lekcji siedziała z Haną. Nie lubiłam jej, ale może Alicja z nią siądzie, zamiast z James'em. Myślę, że będzie zadowolona z tego pomysłu. Wyjęłam potrzebne rzeczy. Co dzisiaj będzie? Na pierwszej lekcji przedstawiał nam boginy, na drugiej mieliśmy z nich teorię, ponieważ nie chciał, żeby zdarzyło się to co wcześniej. W takim razie, co będzie dzisiaj?
- Wilkołaki i animadzy. - Powiedział, kiedy zapisał te słowa na tablicy. - Kto wie czym się różnią. - Podniosła rękę. Zrobiła to też Lauren i parę innych osób. Thomas bardzo interesowały te tematy. Sama w przyszłości chciała zostać animagiem. - Proszę, panno Simpson.
- Wilkołaki zmieniają się przy każdej pełni księżyca. Nie kontrolują przemiany, a żeby zmniejszyć ból piją Wywar Tojadowy. Animadzy zaś zmieniają się kiedy chcą, ale muszą nauczyć się przemiany. Taka nauka trwa zazwyczaj lata. - Wyrecytowałam, a nauczyciel zacmokał.
- Nie do końca. Tojad rani wilkołaki w każdej odsłonie. Nie ma tego w podręcznikach, nie wiem dlaczego, ale po przeprowadzeniu wywiadu na własną rękę, jestem tego pewny. - Czyżby sam był wilkołakiem? Nie, to nie możliwe. Może ma kogoś takiego w rodzinie albo coś. Reszta lekcji nie była normalna, aż do końcówki.
- Panna Carter, Simpson, Weasley i Thomas, proszę zostańcie. Co się dzieje z panną Sims i nie mówcie, że jest chora, bo w to nie wierzę. - Dodał, kiedy reszta wyszła. - Gdyby tak było, już została by wyleczona przez panią Pomfrey. - Wymieniłyśmy zszokowane spojrzenia. Jak się domyślił?

 * - kobieta o nieznanym imieniu i nazwisku w Ameryce
 ~*~
Na początek macie zdjęcia:
Lily Potter - klik
Alaric - klik
Pauline - klik
Rozdział jest bardzo długi,
chciałam zrobić krótszy, 
ale się nie dało. 
Jestem szczerze zawiedziona, 
bo było naprawdę mało komentarzy.
Ja rozumiem, że wyjeżdżacie,
ale 3 na 10 obserwatorów!

Dlatego 11 dedykuję:
- julia dudzik
 - Selene Neomajni
- Dorcas Meadowes-Black
  
Następny będzie cały o Alicji.
Czekam na duużooo komentarzy!
Pozdrawiam - A

    sobota, 11 lipca 2015

    Rozdział 10

    "Chyba będę musiała podzielić
    się z wami pewnością siebie" - Alicja Sims
    ~Alicja~
       Wokół mnie była tylko ciemność. Ciemna ciemność i ja. Nagle poczułam jak spadam. Ale nie był to bolesny upadek. Ja nie upadłam. Tylko nagle stałam w innym miejscu. Ciasnym miejscu. Może to trumna? Przerażenie? Panika? Przelęknienie? Ile jeszcze wymyślę słów na "p", które określałyby moje emocje. Gwałtownie rozłożyłam ręce, ale nie trawiłam na ścianki. Utraciłam przez to równowagę i upadłam. Tym razem naprawdę.Poczułam, że coś złamałam. Podniosłam się z podłogi i dopiero wtedy mnie olśniło. Wyjęłam małą świeczkę, którą złapałam spadając i za pomocą prostego czaru zapaliłam ją. Ogień delikatnie oświetlił miejsce mojego pobytu. Ulga? Nie. Byłam w bagażniku karocy. I to nie zwykłej karocy. W Hogwarcie na początku roku jedziesz powozem. W Salem karocą. Na pewno w tym dzienniku nie było wspomnień. Tu było całe, życie. Całe życie, które mogłam zmienić prze jeden nie przemyślany ruch. Już zniszczyłam coś. To była miotła. Kopnęłam z całej siły w drzwi od bagażnika. Nic. Kopnęłam mocniej. Nic. Rzuciłam się całym ciałem na niej. I nareszcie byłam wolna. Powóz, którym jechałam był ostatnim, więc nic mnie nie przejechało. Podniosłam się z ziemi. Świeczka zgasła w czasie upadku, ale czegoś nie miałam. Dziennik! Konie, które ciągnęły karoce, oddaliły się bardzo szybko. Mogłam je dogonić, ale muszę zachować siły na później. Rozejrzałam się wokół i poznałam miejsce, w którym się znajdowałam. Niedaleko znajdowała się wieś, na której mieszkali moi dziadkowie. Mogłam iść do nich lub pędzić za dziennikiem. Dziadkowe - informacje. Dziennik - rozwiązanie zagadki. Dziennik. Dzięki niemu mogę się stąd wydostać. Po chwili biegłam drogą, która wiodła na górę czarownic. Stamtąd odlatywałyśmy do szkoły na miotłach. Taki przesąd. Zmusiłam się do jeszcze szybszego biegu. Pierwsze trzysta metrów pokonałam sprintem bez problemów. Kolejne sto biegłam na 50% moich możliwości. Następne truchtem, a ostatnie pięćdziesiąt metrów szybko szłam. Kiedy dotarłam zatrzymał się ostatni powóz. A z niego wysiadły dwie niespodziewane osoby. Pani Bennet oraz moja siostra. Schowałam się z boku, żeby nie zobaczyły mnie. Zawsze zostawialiśmy bagaże w karocach i szliśmy na "krótkie" przemówienie dyrektorów, bo tu jest ich pięciu: główny, pomoczy. zastępczy, sądowniczy oraz reprezentacyjny, a potem braliśmy bagaże na miotły i lecieliśmy do szkoły. Wykorzystałam moment i podeszłam do ostatniej karocy. Koń tupnął groźnie. Nie zwróciłam na niego uwagi i wyjęłam połamaną miotłę. Scaliłam ją i schowałam się w krzaki. Nie wiedziałam do kogo należy ta miotła, ale na pewno nie do Maddie. Czekałam i czekałam, aż w końcu skończyli. Dziewczyny podeszły do bagaży i wzięły co ich. Został tylko mały kufer, bo połowę mniejszy od innych i dziennik. I tylko jedna osoba - Pauline Bennet. Była niską i bardzo chudną dziewczynką. Jej długie, ciemne włosy były zaczesane w warkocz. Uśmiech znikł jej z twarz, kiedy zobaczyła, że nie ma czegoś. Miotły. W jej oczach zalśniły łzy, które po chwili płynęły. Wyjęła kuferek, a przy nim wypadł dziennik. Podniosła go. Otworzyła i otarła łzy. Zabrała go ze sobą i ruszyła ścieżką wiodącą przez las do szkoły. Zrobiło mi się głupio, więc odłożyłam zabraną rzecz i także ruszyłam lasem. Czy tak miałoby być, czy właśnie zmieniam przyszłość? Zadawałam sobie te pytania. Jeśli odpowiedzią było to drugie... to wszystko mogło się zdarzyć. Może – nie będę mieć przez to takiej mocy. Może – nigdy nie poznam moich przyjaciół. Może – jednak będę w Ravenclawie. Może – nigdy się nie przeniosę. A może – nic się zmieni. Albo nie wrócę. Do Hogwartu wpadnie moja wersja z przeszłości, żeby ten świat zachował równowagę. Takie pesymistyczne myśli. Spojrzałam w górę. Przez korony drzew zobaczyłam lecące czarownice. Zatrzymałam się i patrzyłam w niebo. Po prostu. Stałam tak i myślałam. Tylko. Dziwny jest ten świat. W jednej z najgorszych sytuacji w swoim życiu, po prostu tak stoisz. A potem musisz gonić swoją ofiarę. Biegłam za nią, ale nie mogłam jej dogonić. Dwie opcje: 1) zgubiłam się; 2) ona się zgubiła. Znałam ten las lepiej niż własny dom, więc pierwsza opcja była mało prawdopodobna. Niestety. Chcę odpowiedzi, które mogę zdobyć tylko dzięki chodzeniu za nią. Nie ma jej = nie ma odpowiedzi. Nie ma odpowiedzi = nie wrócę. Nie wrócę = zmienią przyszłość. Zmienią przyszłość = chaos. I mogłabym tak wymieniać bez końca. Ruszyłam, więc do szkoły. Zanim dojdę to wszyscy już będą w pokojach. Czyli muszę, biec. Lub wrócić się po miotłę. Pokonałam około 1/3 drogi, a skoro zgubiłam swój cel, to czemu nie? Biegiem wróciłam po sprzęt, a wtedy ostatni rząd odlatywał. Wsiadłam na mój nowy środek transportu i pognałam przez las. Potem wzniosłam się w powietrze i poleciałam aż do chmur. A potem znów zanurkowałam i leciałam leśną świeczką. W Salem nie dzieliśmy się na domy, u nas decydowała data urodzenia. Urodziłaś się pod znakiem wodnika, bliźniąt lub wagi, należysz do domu powietrza, tak jak ja. Rak, skorpion i ryby należą do domu wody. Lew, strzelec i panna do domu ognia, a koziorożec baran i byk do ziemi. Zawsze nas to bawiło. Nas - mnie i moje koleżanki z pokoju. O wszystkim decydował przypadek. O przyjaźni, nauce, a nawet miłości. Decydowało to, kiedy chcieliśmy się wypchnąć na ten okrutny świat. Była to jedna z niewielu rzeczy, które były gorsze niż w Hogwarcie. Hogwart. Ach, piękny Hogwart. Wszyscy pogrążeni w śnie, kiedy ja tu utknęłam. Dziewczyny pewnie szukają rozwiązania, a nieświadoma Rose śni teraz o mordowaniu małych szczeniaków. James i David pewnie głośno chrapią w swoim dormitorium i śnią o spartaczeniu jakiegoś planu. Został jeszcze Damon. Nigdy nie przewidzę co on robi. Może w ogóle nie sypiał. Tylko udawał. W dzień był jedną osobą, a w noc drugą. Najgorsze, że nie wiem, która jest prawdziwa. A jeszcze gorsze, że jednej z nich ufam.
       Teraz jestem pewna, że pani P. zgubiła drogę, ponieważ pokonałam ją całą, a po niej nie było śladu. Nawet nie było odcisku butów przy stawie. Usiadłam na skraju lasu, ukryta pod wielkim rozłożystym drzewem. Teraz cała moja nadzieja w moich przyjaciółkach. Nie lubię się komuś powierzać. Nie miałam ze sobą nic korzystnego na zimną noc w tym miejscu. Nie mogłam wejść do zamku. Muszę spać tu lub na drzewie. Oby dziewczyny szybko znalazły jakiś sposób.
       Wczesnym wieczorem leże okryta kocem, na drzewie. Udało mi się go zdobyć podczas Wielkiej Uczty. Włamałam się do pokoju mojej siostry, byłam w nim kiedyś, a raczej będę, więc bez problemu trafiłam. Oprócz koca, wzięłam też trochę ubrań i jakieś jedzeni. O, ustaliłam też, że to co się dzieje już się działo, bo mojej siostrze ktoś ukradł rzeczy pierwszego dnia. Niestety, nie gwarantuje mi to, że ja wrócę. Miotłę i resztę rzeczy położyłam pod wielkim kamieniem z wydrążoną dziurom. Często chowałam tam rzeczy. Mam nadzieję, że nie spadnę z gałęzi. Na wszelki wypadek rzuciłam zaklęcie, które mnie unieruchomi. Zjadłam ciastka, te "pożyczone" od siostry i wreszcie zasnęłam.
       Nie spałam długo. Nocą budziły się tu różne potwory, o większości nawet wolałam nie myśleć. Część z nich służyła jako opowieści na dobranoc. Ale nie wiem, które są które. Nagle usłyszałam cichy tupot kopyt. Cichego cwału, niósł on spokój i radość. Zdjęłam zaklęcie i wychyliłam delikatnie głowę. W odległości jakiś sześćdziesięciu metrów zobaczyłam postać. Siedziała ona na czymś podobnym do konia, miała długie włosy, uczesane tak, żeby było dobrze widać duże , spiczaste uszy. Elfy? Elfy. Nie mieszkały one w lasach koło szkół. Ceniły sobie spokój. Czyli mają powód, żeby tu być. Jaki? To moja arogancja myśli, że to ja jestem powodem. Wbiłam się plecami w drzewo, ale mój oddech był szybki i płytki, nierówny. Wychyliłam się jeszcze raz. Łowca nasłuchuje. Widocznie czuje zdobycz. Powoli ruszył w stronę drzewa. Mojego drzewa! Nie miałam żadnej broni więc kucnęłam i przygotowałam się do skoku z jakiś 2 metrów. Taki skok na pewno zwali mnie z nóg i tyle czasu wystarczyłoby mu na złapanie mnie. Nie wiem ile ich tu jest i gdzie są, więc ucieczka to słaby plan. Ale zawsze jakiś plan! Elf był już blisko powoli przyszykowałam się do skoku. Trzy... Zbliża się... Dwa... On jest coraz bliżej... Jeden... Skacz! Rzuciłam się na ziemię. Wstrząs uderzenie zwalił mnie z nóg i z pozycji dolnej wystartowałam. Mój nagły wybryk zaskoczył też jego, więc miałam ułamek sekundy przewagi. Znam ten las - on ma konia i więcej siły. Przegrywam. Słyszałam, że mnie goni. Wyraźnie było słychać stąpania jego konia i nie tylko jego konia. Dołączyło do niego około czterech-sześciu innych, a ta liczba się ciągle powiększała. Z taką prędkością dam radę pobiec góra trzysta metrów. Niestety nawet tyle nie było dane mi przebiec. W pewnym momencie ze wszystkich stron pojawiły się inne elfy i teraz byłam ich więźniem.
    - Czego od mnie chcecie? - Warknęłam po raz któryś. Oni nie zwracali na mnie uwagi. Tylko założyli mi jakieś świecące kajdany i prowadzili. Czasem zamieniali parę słów w dziwnym języku. Prawdopodobnie elfickim. Szliśmy już długo. Niebo zaczęło się troszeczkę schylać, ale nadal była ciemna noc. A nagle niebo rozbiła jasna smuga światła. Fioletowoczarnego światła, z które wyskoczyły jakieś postacie. U paru zobaczyła szpiczaste uszy. Elfy, ale te mroczne. Ciemne stworzenia, które potrafią się posługiwać magią. Przewyższają mocą zwykłe elfy, które umieją najlepiej strzelać z łuku - mroczne też opanowały tę umiejętność. "Dobre" elfy próbowały walczyć, ale nagle nas coś odrzuciło, a moje kajdany opadły. Metr od mnie leżał nóż. Najlepsza okazja. Wzięłam go i niepostrzeżenie pomknęłam do lasu. Nagle koło mojego ucha przeleciała strzała. O mały włos. Kiedy byłam przy samym skraju lasu (szli pasem łąki) znów usłyszałam lecący w moją stronę pocisk. Rzuciłam się na ziemię i już byłam w lesie. Ktoś coś krzyczał. Próbowali mnie gonić, ale to był mój las - ja już byłam w kryjówce, czyli na niewidocznym gołym okiem drzewie.
       Na razie jestem tu bezpieczna. Mogę obserwować, ale oni nie widzą mnie. Żeby zobaczyć drzewo trzeba użyć magii. "Dobre" tego nie umieją, a mrocznych już tu pewnie nie ma. Światło słoneczne ich nie rani, ale pogarsza zdolność kamuflowania. Noszą oni ciemne stroje, które idealnie pasują do mrocznych podziemi, ale nie do zielonych lasów. Najgorsze, że straciłam to co zabrałam siostrze. Nie wiem jak znaleźć nowe jedzenie, więc pozostaje mi liczyć na przyjaciółki. Obym się nie zawiodła. Do tego czasu muszę chyba jeść liście. Gorzej z wodą. Może elfy niedługo zrezygnują z poszukiwań i wrócą do swojego bezpiecznego królestwa.
       Chyba tak postąpili, ponieważ rano ich nie było. Na wszelki wypadek poczekałam jeszcze jakiś czas, ale nie było ich słychać. Zeszłam z drzewa i uważnie je obejrzałam. To drzewo, to "Drzewo Czterech Dróg". Dlaczego czterech dróg? Nazwa pochodzi od starej legendy. Mówi ona, że kiedyś zgubiło się tu czworo rodzeństwa. Dotarli oni do tego drzewa, które miało cztery grube gałęzie. Oddzielone były od siebie o równe 90 stopni, ale wtedy jeszcze tego nie wiedzieli. Postanowili zostać przy tym drzewie. Jedyny brat, Silias, szybko spostrzegł, że jedna gałąź odpowiada jednemu kierunkowi. Poinformował o tym siostry, ale każde z nich chciało iść w inną stronę.  Silias za pomocą magii (oni byli czarodziejami - autorka) chciał oznaczyć na każdej gałęzi kierunek, do którego prowadzi. Jeśli ktoś chciałby wrócić do rodzeństwa, szedłby w kierunku wskazanym przez drzewo Niestety magia nie działała na drzewo i każde jego wyżłobienie szybko się zacierało. Wściekły Silias kopnął w nie, a ślad po tym pozostał do dziś. Udał się w kierunku wschodu, tam gdzie kopnął. Później w miejscu, do którego doszedł, zbudował zamek. A w nim mieściła się szkoła, która do dziś jest znana jako Szkoła czarodziejów im. Silias'a Wściekłego. Druga z rodzeństwa - Selene, obwiązała jedną gałąź swoją chustą, do dziś pozostało po tym wyżłobienie. Udała się w tym kierunku, a był to kierunek zachodni. Zbudowała tam dla siebie zamek, zwany Zamkiem Selene Aroganckiej. Przy drzewie pozostały dwie siostry. Starsza, Sabrina i młodsza, Salema. Obie bardzo się kochały i nie chciały rozstawać, ale wiedziały, że to konieczne. Nie chciały też kaleczyć drzewa, więc w kierunku południa, na który udała się Sabrina, pozostał jej naszyjnik. Jego kontur nadal pozostał na drzewie. Sabrina odkryła na południu polane na której zbudowała szkołę dla czarownic, Instytut Czarownic. Znany także jako Instytut Sabriny Skromnej.  Cztery domy symbolizują jej rodzeństwo. Silias - ogień, Selene - powietrze, Salema - ziemia, a ona to woda. Salema natomiast nie miała mocy magicznych, więc na północy zbudowała wioskę. Teraz jest zwana ona Salem lub,mnie popularnie, Wioska Salemy Wytrwałej. Jest to zdecydowanie moja ulubiona legenda. Niestety, nigdy nie odnaleziono portretów tych postaci. Część osób twierdzi, że one nie istniały i dlatego nikt nie znalazł portretów. Ale ja wierzę, że oni byli. Tak samo jak w Hogwarcie wierzą w Gryffindora, Slytherina, Ravenclaw i Hufflepuff. Oni wierzą w przyjaciół, a my w rodzeństwo.
    ~Leśne Królestwo~
    Król Thranduil i jego syn siedzieli w pałacu. Starszy elf oczekiwał na gościa, a może raczej więźnia. Młodszy nie wiedział do końca o co chodzi. Wiedział, że o broń, ale nie wiedział, że jest nią ktoś żywy. Cieszył się, że mogą zdobyć przeważającą stronę w wojnie. Tak, tak. Tym razem toczyła się ona pomiędzy elfami i ludźmi a mrocznymi elfami i orkami. Każdy miał już dość widoku krwi, a Legolas jako przyszły król cieszył się, że bitwom może nadejść kres. Po chwili pojawiło si wojsko.
    - Przykro mi, panie. - Powiedział dowódca w języku elfów. - Uciekła. - Książę się zaniepokoił. Był inteligentną istotą, nawet jak na elfa i już czuł, że coś tu nie gra.
    - Jak to?! - Krzyknął król. - Mieliście jej pilnować! - Teraz blondyn wiedział. Wiedział, że bronią musiał być ktoś żywy. Jakaś ona. Do tego sprytna, ponieważ uciekła najlepszemu wojsku. - Przecież teraz, jeśli ją złapią to po nas. - Zmartwił się. - Co się stało? - Dodał zrezygnowany.
    - Pokazały się mroczne elfy. - Mroczne elfy niosły zło. Legolas o tym doskonale wiedział, jeśli "ją" mają, to długo nie pożyje. Chyba, że jest elfem i zmieni się w mrocznego. A to będzie oznaczać, że wojna jest przegrana, więc książę wymyślił plan.
    - Złapali ją? - Zapytali równocześnie. Thranduil z nadzieją, Legolas z determinacją.
    - Chyba nie, panie. Nie było słychać ich tryumfalnych ryków. Nie widzieliśmy też błyskawic zwycięstwa, więc oni chyba też jej nie mają.
    - To dobrze. Dobrze, że jest bezpieczna, ale trzeba będzie ją i tak przyprowadzić. To bezpieczęństo nie jest wieczne. - Powiedział król i oparł głowę na ręce.
    - Ja chcę się podjąć tego zadania. - Wypalił książę. Wszyscy na niego spojrzeli. - Na pewno łatwiej jej będzie zaufać mi niż wam. - Zwrócił się do wojska, a zaraz później do ojca. - Tylko będziesz mi musiał wytłumaczyć co się dzieje. - Starszy westchnął, ale pokiwał głową.
    - Dobrze, synu. Zgadzam się. A wy zajmijcie się sprowadzeniem jej z powrotem do normalności. Przekażcie Paule, żeby zabrała od tych dziewczynek dziennik i sprowadziła z dziennika tą ostatnią.
    - Tak, panie. - Odpowiedziało wojsko i ruszyło do swoich zadań.
    ~***~
    Powróciłam z nowym rozdziałem!
    Przepraszam, że mnie tak długo nie było,
    ale nie miałam jakoś chęci na pisanie.
    W wakacje rozdziały nie będą się pojawiały regularnie,
    bo w domu będę jeszcze w sumie jedenaście dni,
    a wszystko inne na wyjeździe. 
    Rozdział ma 6,5 strony.
    Czyli jest w miarę normalnej długości. 
     
    Wybaczycie mi?
     Biegnę czytać rozdziały u was.
    Pozdrawiam - A

    poniedziałek, 15 czerwca 2015

    Rozdział 9

    "Niedaleko pada jabłko od jabłoni"
    ~Alicja~
    Siedziałyśmy w prywatnym pokoju Molly Weasley. Zazdrość mnie trochę ukuła, bo miała pokój wielkości naszego, a mieszkała w nim sama. Gdybym mogła się zamienić... Nie. Nie zrobiłaby tego. Na pewno nie teraz, kiedy tak dobrze układa mi się z dziewczynami. W jej pokoju było jedno łóżko, które było wielkości takiej co dwa w naszym dormitorium, duża czara kanapa, a obok niej biały stolik. Miała ogromną szafę, regał i  komodę, na której stał telewizor. On sama siedziała przy biurku.
    - Myślałam, że w Hogwarcie nie działa technologia. - powiedziałam i spojrzałam na telewizor. Ona oderwała się od oglądania dziennika i spojrzała na mnie.
    - Tata to załatwił. Ten telewizor ma w sobie coś specjalnego. Nie dopytywałam co. - odpowiedziała mi i wróciła do przerwanego zajęcia.
    - Mega. - powiedziałam, a ona się uśmiechnęła. - Fajnie, że nam pomagasz. - powiedziałam, a ona się ucieszyła. Najwidoczniej nie miała zbyt dużo koleżanek. Mieszkała sama, więc to utrudniało kontakt z rówieśnikami. Najwidoczniej była miłą dziewczyną i pogadam później z dziewczynami, żeby wkręcić ją do paczki. Byłyśmy tu wszystkie. Nathalie miała świetny pomysł. Teraz siedziała na łóżku i rozmawiała z Mary. Lauren stała za Molly i patrzyła na jej poczynania. 
    - Chyba wiem o chodzi. - powiedziała po chwil. Dziewczyny zerwały się z łóżka i okrążyłyśmy biurku Weasley. - Ten zeszyt jest na hasło. - spojrzałyśmy na nią zdziwione. - Na pierwszej stronie trzeba je napisać i odsłania kawałek tekstu. Gorsza wiadomość jest taka, że go nie znamy.
    - Poznamy. - powiedziałam pewnie. - Co ile trzeba wpisywać kolejne hasło? - westchnęła.
    - To zależy. Każdy wybiera na ile chce, ale jestem przekonana, że w każdym kawałku jest podpowiedź na hasło do następnego. - kiwnęłam głową. - Ma ktoś pomysł na hasło. - spojrzałyśmy po sobie. 
    - Może eliksiry. - powiedziała po chwili mulatka. Molly napisała na pierwszej stronie to słowo. Ono po prostu wniknęło w papier. Dziewczyna się skrzywiła. Czyli złe.
    - Co ona mogła dać? - zadała retoryczne pytanie Mary. Spuściłam wzrok, a nagle mnie olśniło. Wzięłam dziennik i ołówek, a potem napisałam na kartce słowo eliksiry po łacinie. Musiałyśmy chwilę czekać. Słowo wniknęło w papier. Któraś dziewczyna jęknęła. Spuściłam głowę. Nagle okrzyk zachwytu.
    - Patrz! - krzyknęła Nathalie. W dzienniku zaczęły pojawiać się słowa. Niestety zapełniły tylko kilkanaście kartek, ale zawsze coś! - Opowiesz nam później co w nim było? - zadała pytanie, kiedy Weasley podawała mi dziennik.
    - Jasne. Z wielką chęcią. - odpowiedziałam szczęśliwa. - Dziękuję. - wróciłam się do Molly. Ona tylko się uśmiechnęła i bąknęła "spoko".
    ~James~
    Ja, David, Rose i druga Rose byliśmy w pokoju mojego brata. Strasznie zraniło go oskarżenie naszego ojca, a teraz próbowaliśmy go pocieszyć. No właśnie, próbowaliśmy. Albus zamknął się w sobie i nie chciał o niczym rozmawiać. Próbowaliśmy go przekonać prośbą i groźbą. Nic, zero reakcji. Rozmawiałem też z ojcem, ale był tak samo uparty. Nawet raz zaryczał jak osioł i po tym wyszedł wściekły, przeklinając przy tym profesor McGonagall. Zrezygnowany, ale też nieco rozbawiony, wróciłem tutaj, a braciszek nawet nie zmienił miny. Porażka na całej linii...
    - Nic tu po nas. Porozmawiam później z Teddy'm. - westchnąłem i spojrzałem jeszcze raz na brata. Żadnej reakcji. Westchnąłem jeszcze raz. - Zawsze mieli dobry kontakt, a teraz oboje potrzebują rozmowy. - druga część była prawdą. Pierwsza nie do końca. Albus często irytował Lupina, a tego pierwszego denerwowało, że drugi przyjaźni się ze mną. W przyjaźń wchodziły wspólne żarty, spędzanie dużooo czasu razem oraz irytowanie Albus'a. To ostatnie nie podobało się całej mojej rodzince. Może tylko Lily. Jeśli żart był niegroźny. W przeciwnym wypadku wpadała w płakała przez parę dni. Zawsze było mi jej szkoda i martwiłem się o nią. Już za rok zaczyna się uczyć w Hogwarcie. Jej wrażliwa część może nie przetrwać tych okropnych ludzi. Oczywiście jej pomogę. Rose i David też się zadeklarowali. I reszta Weasley'ów. Kocham ich za to poświęcenie. Właśnie taka powinna być rodzina. Jej członkowie powinni sobie pomagać, szanować się, kochać, a czasem się nawet kłócić. Ale nie powinni rzucać sobie świń pod nogi. Mój "kochany" tatuś tak zrobił i to nie było fair. Przyjaźń też opierała się na lojalności, zaufaniu, szczerości oraz wzajemnej pomocy. Tu ja grałam nieczysto. Czyżby to oznaczało "niedaleko pada jabłko od jabłoni? Grałem nieczysto jeśli chodzi o Alicję. Zraniłem ją, ale ona nie poczuła tego bólu. Czuła wściekłość. Każdy inny czułby to pierwsze uczucie. Ona jest inną dziewczyną. Naprawdę chciałem się z nią przyjaźnić, ale zrezygnowałem... Postawiłem wszystko na jedną kartę, a to gubi. Widzę to dopiero teraz i wiem, że muszę odzyskać jej zaufanie. Nie chcę być już zależny tylko od Rose. Czas zrobić krok na przód i nie przejmować się konsekwencjami. Jeśli nic nie zrobię, to jeszcze oszaleję. Tak jak tata. Ojciec. Po tym co zrobił Albus'owi nie będę nazywać go "tatą", na to trzeba zasłużyć.
    - David. - powiedziałem do przyjaciela, kiedy byliśmy w pokoju. Spojrzał na mnie, co oznaczało, że koncentruje na mnie swoją uwagę. - Pójdę przeprosić Alicję. - zrobił zaskoczoną minę. - Co?
    - Nic. Tylko... - zawahał się chwilę, a ja spojrzałem na niego wzrokiem, który mówił: "gadaj bo cię zabiję". - Jest jeden problem. Spaliłeś swoją szansę. - otwierałem usta, żeby coś powiedzieć. Przyjaciel mnie wyprzedził. - Dwa razy. - dodał, a ja straciłem argumenty obronne. Wziąłem poduszkę, położyłem ją sobie na kolanach i głową o nią walnąłem. McKonley westchnął.
    - Mogę napisać list. - powiedziałem i położyłem się na łóżku. - Albo dam jej jakiś prezent. Może poproszę o spotkanie. - gdybałem dalej i patrzyłem w sufit, jakby miał mi przynieść dobre rozwiązanie.
    - Nie, nie i nie. Nie zgodzi się na spotkanie. Na jedno się już zgodziła i co? - co o tym myśleć? Może powinienem porozmawiać z Teddy'm.
     - Nie waż się tego zrobić. - ostatnią myśl musiałem powiedzieć głośno. - Prezent też raczej nie pomoże...
    - To co mam zrobić?! - wybuchłem w końcu.
    - Nie drzyj się na mnie! Próbuję ci pomóc! - warknął przyjaciel. Najwidoczniej oboje mieliśmy kiepski dzień. Widziałem jak rozmawiał dzisiaj z Max'em, jego starszym bratem. Zawsze się po tym denerwował. Kiedy o tym opowiadał w Wielkiej Sali, Al patrzył na niego ze zrozumieniem.
    - Rozumiem, że próbujesz. Ale tylko próbujesz nie... - nie skończyłem, bo przerwał mi damski głos.
    - Oboje przestańcie! - krzyknęła dziewczyna. - James, powinieneś po prostu z nią porozmawiać. Inaczej nie będzie reagować. Zaufaj mi. - powiedziała, kiedy spojrzałem na nią zdziwiony.
    - Dzięki, Rose. - Davis się uśmiechnęła, a ja pobiegłem do tajnego skrótu, który mieścił się za posągiem, który stał obok naprzeciwko naszych drzwi. Przesunąłem go i wszedłem do tajnego tunelu. - Lumos. - szepnąłem, a z końca mojej różdżki wystrzeliło światło. Przeszedłem kawałem i odsunąłem gargulca z drugiej strony. Na korytarzu stała ciemnowłosa dziewczyna. Kiedy mnie zobaczyła pisnęła.
    - Ciiiiiii! - powiedziałem i przyłożyłem sobie palec do ust.
    - James! Co ty tu, jak ty tu?! Po co ty tu, dlaczego ty tu?! - wyszeptała Lauren te wszystkie pytania na jednym wdechu. Westchnąłem. Jeśli jej nie powiem, to mnie nie przepuści.
    - Przyszedłem porozmawiać z Alicją. - szepnąłem. - Resztę opowiem ci później. Tylko mnie przepuść - poprosiłem błagalnym tonem. Ona spojrzała na mnie groźnie.
    - Dobrze, ale po pierwsze: nie widzieliśmy cię tu i ja o niczym nie wiedziałam. - drugą część powiedziała przeciągle, z ironią.
    - A po drugie? - pośpieszyłem, kiedy przez dłuższą chwilę nie odpowiadała
    - Wszystko mi opowiesz. - chciałem odpowiedzieć cokolwiek, ale ona już zniknęła mi z oczu. Westchnąłem i cicho zapukałem do pokoju. Żeby tylko się udało...
    ~Alicja~
    - Co jej się stało? - zapytałam, kiedy usłyszałyśmy krzyk Lauren.
    - Nie wiem. Może zobaczyła jakiegoś pająka. - powiedziała znudzona Mary. Dziewczyna czuła się źle i nie dziwiłam jej się. Też czułam jakąś mentalną chorobę, zmęczenie. Moje przemyślenia przerwało pukanie do drzwi. Spojrzałam na Simpson, a ona na mnie. To na pewno nie Lauren, przecież by nie pukała. Z wahaniem podeszłam do drzwi i otworzyłam je. W drzwiach stał Potter. Zamachnęłam się i z impetem pchnęłam drzwi, żeby się zamknęły. Niestety, idiota wsunął nogę i uniemożliwił mi zamknięcie drzwi. 
    - Kto to? - zapytała ciekawa blondynka. Skoncentrowałam część uwagi na niej, a chłopak wykorzystał ten moment. Uchylił drzwi i szybko przez nie wszedł. Pod nosem klęłam tę nieuwagę.
    - Cześć Mary. - powiedział do mojej przyjaciółki. Ona otworzyła szeroko oczy ze zdumienia i tylko skinęła głową. - Możesz zostawić nas na chwilę samych? - zapytał po chwili.
    - Jasne. - odpowiedziała dziewczyna, a ja spojrzałam na nią morderczym wzrokiem. Czemu mi to zrobił, a co ważniejsze: po co on tu przylazł? 
    - Czego chcesz? - warknęłam, kiedy nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Ktoś trzeci miałby mnie za wielką, samolubną sukę. Ale powiedzmy sobie szczerze, jak ty byś się zachowała, gdyby stał przed tobą taki niezdecydowany dupek?
    - Przyszedłem cię przeprosić. - nie zawahał się  mówiąc to. Dziwne. - Nie chcę być z tobą dłużej we wrogich stosunkach. Nie musimy być najlepszymi przyjaciółmi. - powiedział te ostatnie słowa z ironią w głosie. - Po prostu nie chcę mieć cię za wroga. Wybaczysz mi? - zapytał pewniej niż zwykle. Nie błagalnie, co mnie zdziwiło. Ale jeszcze bardziej zdziwiła mnie moja odpowiedź.
    - Jasne. - odpowiedziałam szybko i delikatnie się uśmiechnęłam. - Ale to już ostatnia szansa. - uprzedziłam. 
    ~Damon~
    Siedziałem w dormitorium drugiego roku. Razem ze mną byli też Martin, John, Justine, Roxanne i Victoria. Scorpius chodził po pokoju. Próbowaliśmy go usadzić, ale bez skutecznie. Nie był zdenerwowany. Tylko czekał. Nagle z hukiem otworzyły się drzwi. Wszedł przez nie blondyn z dziwną miną.
    - Sorry, to przeciąg. - powiedział do nas z zabawnym wyrazem twarzy. Po chwili spoważniał i spojrzał twardo na syna. - Tłumacz o co chodzi. - Scorp i my wytłumaczyliśmy panu M. Jego mina zmieniała się co chwilę. W zaskoczenie, zrozumienie, wściekłość. Kiedy skończyliśmy zabrał syna i udali się do gabinetu profesor McGonagall. Nie było ich jakiś czas, a to dormitorium opuściło już większość z nas. Zostałem tylko ja, Rox i Jus. Też chciałem iść i rozgryźć jak pogrążyć Bennet, ale obiecałem blondaskowi, że z nim o czymś pogadam. Powoli zbliżał się wieczór, a oni nadal nie wrócili. Chyba dziś nie pogram sobie w grę: wykończ nauczyciela. Szkoda, bo należy do moich ulubionych.
    - Chyba Potter zdążył już odjechać, a oni idą pieszo za nim do Londynu. - rzuciła Sullivan - Idziesz? Może pójdziemy gdzieś razem, a potem na kolację? - pokręciłem głową. Nie jestem zainteresowany.
    - Roxanne Sullivan, czy ty proponujesz mi randkę? - zapytałem z udawanym zainteresowaniem i rozbawieniem, a także nutką irytacji. Dziewczyna odwróciła na chwilę wzrok i wybuchła udawanym śmiechem. Oj, chyba to jednak miała być randka... Trudno. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale ruda małpa postanowiła pomóc przyjaciółce.
    - Malfoy wraca. - powiedziała i wstała. - Miłej rozmowy. - rzekła zirytowana, złapała szatynkę za ramię i pociągnęła w stronę drzwi. Ta mi pomachała. Spojrzałem, żeby się upewnić, że przyjaciel na pewno idzie. Szedł. Jego mina kompletnie nic nie zdradzała. Wszedł do pokoju, trzasnął drzwiami i rzucił się na łóżko.
    - Aż tak źle? - spytałem, a on nie zareagował. Nawet głowy nie podniósł. - Ej, mówię do ciebie. - rzuciłem w niego poduszką. - Naprawdę musieliście iść do tego Londynu na piechotę?! - chłopak zaśmiał się cicho. Dobrze, przynajmniej żyje. Odzyskał mowę dopiero po pięciu minutach.
    - Kiedy przyszliśmy właśnie odjeżdżali. - powiedział i zamknął się na kolejne pięć minut.
    - Co zrobił twój tata? - próbowałem wyciągnąć odpowiedzi.
    - Może lepiej ci pokażę. - wyjął małą fiolkę i różdżkę, którą przyłożył sobie do głowy i "wyjął" wspomnienie. Włożył je do fiolki i wyjął spod łóżka myślodsiewnię. Stanęliśmy przy niej i Scorp wlał do niej swoje wspomnienie.
    - Panie przodem. - rzuciłem. On spojrzał na mnie jakby chciał mnie zabić, ale tylko westchnął i zniknął w naczyniu. - Szerokiej drogi. - mruknąłem i szybko przechyliłem głowę. Kiedy otworzyłem oczy byłem w gabinecie dyrektorki. Razem ze mnę była ona, był pan M, był blondas 1 i blondas 2. Blondas dwa spojrzał na mnie i wskazał ruchem głowy pana M i McGonagall. Kłócili się lub "tylko" wymieniali zdania.
    - Mój syn nie jest winny. - pan M.
    - Wierzę w to. Naprawdę, ale panie Malfoy, aurorzy opuścili zamek kilkanaście minut temu. Nie mogę i wezwać z powrotem. - starała się wytłumaczyć profesorka. 
    - Czym będą podróżować? - nie ustępował ojciec blondasa. Kobieta westchnęła.
    - Po co ci zemsta? I tak nic nie pomoże...
    - Czym jadą!? - zapytał ostrzej. Ponownie westchnęła, ale tym razem odpowiedziała.
    - Wozami. A póżniej się teleportują do swoich domów. Proszę, nie goń ich. To tylko... - mężczyzna wybiegł z pomieszczenia nim zdążyła dokończyć. Scorp został jeszcze sekundę, ale też pobiegł. My byliśmy przyciągani razem z nim, ale usłyszeliśmy te ciche słowa. - Pogorszy sprawę. - biegliśmy po schodach, żeby z nich nie spaść. Przemierzaliśmy korytarze i sale. Mijaliśmy uczniów. Aż wybiegliśmy na dwór, a tam... wielkie nic! Wozów nie było widać. Tylko światła gdzieś na skraju zakazanego lasu. Pan M tupnął nogą. 
    - Chodź. - warknął do syna. Ten podszedł. Złapał go mocno za ramię i po chwili zniknęli. Właśnie przydarzyła się najgorsza rzecz w moim życiu. Teleportacja we wspomnieniach? To bardzo zły pomysł. Wylądowaliśmy w Dolinie Godryka. Byłem pewny, że to tu. I to w tym domu mieszka najlepszy przyjaciel David'a. James Potter. Blondas senior podszedł do drzwi i załomotał w nie parę razy. Otworzyła je pani Potter. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale mężczyzna przepchnął się i znalazł się w środku. Scorpius nadal stał na deszczu.
    - Wejdź. - powiedziała do niego kobieta miłym głosem. Chłopak podreptał do drzwi, a my razem z nim. We czwórkę wbiliśmy na największą awanturę.
    - Oskarżać mojego syna?! - z kąta wybiegła mała Lily i przytuliła się do matki. 
    - Miałem ku temu powody...
    - Ale oskarżyłeś też swojego. Ty się człowieku lecz! - złapał syna za rękę i odciągnął go. - Masz wycofać zarzuty. - dodał, kiedy byli już w drzwiach. Szli szybko, więc i nas zaczęli ciągnąć, ale już wiedziałem, że szykuję się awantura. Poczułem dotyk kolegi na ramieniu. 
    - Zaraz znów się teleportujemy. - wzdrygnąłem się. - Zabrał mnie później na ciasto i gorącą czekoladę. Kupił mi też coś do miotły. Spadajmy stąd. - Uniósł się i zniknął. Ja rozejrzałem się i zobaczyłem, że szykują się do teleportacji. Szybko znalazłem się znów w pokoju.
    ~Alicja~
    Zbliża się godzina dwudziesta druga, a ja mam dopiero trochę czasu. Musiałyśmy zaczekać, aż Rose pójdzie spać. Mary i Lauen siedziały na swoich łóżkach, które stał po obu moich stronach. Nathalie musiała już być w dormitorium, bo inaczej dostałaby szlaban, a Molly obiecała, że przyjdzie. Nie mogłyśmy dłużej czekać, więc zaczęłyśmy bez niej. Wyjęłam dziennik spod łóżka. Otworzyłam go i napisałam na pierwszej stronie elixirs. Na stronach zaczął pojawiać się tekst. Dotknęłam pierwszej strony, żeby sprawdzić jaką fakturę mają strony. I wtedy z dziennika wypłynęła jakaś ręka i złapała mój nadgarstek. Potem wpadłam do dziennika. A tam była tylko ciemność...
    ~*~
    Hej kochani.
    Przychodzę z 9!
    Chcę tylko wam ogłosić, że
    możecie głosować na mnie (lub nie na mnie) 
    w konkursie na miniaturkę czerwca.
    Z góry mówię, że zdaję sobie sprawę 
    z "kilku" błędów. To tyle.
    Tu macie link: To ja, link
    Pa!
    - A

    środa, 10 czerwca 2015

    One part #2

     Dawno obiecana miniaturka, na której tematykę głosowaliście w ankiecie. 

    Bohaterowie:
    Alicja Sims               Vanessa Clarke
    Urodziłam się, żeby walczyć. Stałam się przegraną.

    Rysowała kwiaty na ścianie swojego pokoju. Nie obchodziła ją kara, bo i tak został jej jeszcze tydzień. Nauczyciele udawali, że nie widzą jej zamyślenia. Każdemu było jej trochę szkoda. Lubili tę dziewczynę. Była zabawna, uśmiechnięta, lekko uszczypliwa, mądra i spostrzegawcza. A to wszystko zmieniło się w dwa miesiące. Dawna uśmiechnięta dziewczyna została starta na proch, a na jej miejsce weszła twarda i niemiła dziewczyna. Bo po co zawierać przyjaźnie, skoro i tak zostaną nam zabrane?, myślała. Ale wróćmy do tamtego czasu. Rysowała piękne kwiaty na lawendowej ścianie. Należała do domu powietrza, dlatego wszelkie dodatki były kolory fioletowego. Cicho otworzyły się drzwi, ale dziewczyna nawet nie spojrzała kto wchodzi. Była zbyt zajęta rysowaniem.
    -Co ty robisz? Zniszczysz tapetę. - Powiedziała dziewczyna, która weszła do pokoju. - Wiem, że jesteś zdesperowana, ale może jeszcze da się coś zrobić... - W tym momencie Sims jej przerwała. Odwróciła wzrok od rysunku i spojrzała na przyjaciółkę. W jej ciemnych oczach nie było widać wesołych iskierek. Była tylko przerażająca ciemna pusta.
    - Ale nie da się nic zrobić! - Krzyknęła histerycznie, a w jej oczach pojawiły się łzy. Nie, nie teraz, teraz nie może płakać. Resztkami sił je powstrzymał i przetarł oczy. - Próbowałam prośbą, groźbą, płaczem i krzykiem. Nic nie działa. Moja matka mówi, że musimy wyjechać, że nie może znieść tego miejsca. - Powiedziała rozpaczliwie. - Proponowałam, że zostanę, ale na próżno. Chyba tylko ja nie znam powodu wyjazdu, bo wszyscy popierają mamę. - Dodała już spokojnie, ale po jej policzkach popłynęły łzy. Ona tylko siedziała i dawała im spływać po jej twarzy. Vanessa natychmiast wstała i usiadła na łóżku przyjaciółki. Mocno ją przytuliła. W jej oczach też zalśniły łzy, ale postanowiła być silna. Dla Ali.Siedziały tak przytulone przez długi czas. Może minęła minuta, może kwadrans, a może nawet parę godzin, gdy otworzyły się drzwi i weszły przez nie bliźniaczki Jamies. Bez wahania przyłączyły się do uścisku. Kiedy się puściły, okazało się, że Ali prawie wcale nie płakała. Jej  oczy były tylko zaczerwienione, a ślady po kilku łzach były już prawie nie widoczne.
    - Nawet jeśli pojedziesz, nawet jeśli będziesz na drugim końcu świata, nadal będziemy o tobie myśleć w każdej minucie. - Powiedziała Anna, która była bardzo wrażliwa, ale i ona pozwoliła sobie tylko na kilka łez. - Jesteś naszą przyjaciółką. Należysz do kręgu powietrza, tak jak my wszystkie i nikt nam tego nigdy nie odbierze, bo to nasze i tylko nasze, Ali. Tylko nasze. - Szatynka uśmiechnęła się smutno do przyjaciółki. Ta odwzajemniła uśmiech.
    - I nigdy nie pozwolimy wynieść twojego łóżka! - Zadeklarowała się Eli, która była zupełnym przeciwieństwem swojej bliźniaczki. Była twardą buntowniczką, która miała taki dar do podnoszenia na duchu, typu: Hej, jeśli nie spadniesz z tej wieży, to pamiętaj, co cię nie zabije, to cię wzmocni! Była jeszcze Vanessa. Przy obcych była niedostępna i nie uśmiechała się do nich. Najłatwiej było jej zachować powagę ze wszystkich dziewczyn. To na niej wzorowała się Ali, kiedy tworzyła nową, twardszą wersję siebie, Alicję. Sims darzyła ją największym zaufanie, z wzajemnością. Może to dlatego, że poznały się wcześniej, niż z bliźniaczkami albo to dlatego, że były takie inne. A może po prosty nie było na to zasady. Przez ostatni tydzień starały się spędzać ze sobą jak najwięcej czasu. Nawet wymykały się do lasu podczas lekcji i tam spotykały się razem z dwoma przyjaciółmi - Caleb'em i Alex'em. Chodzili do szkoły czarodziejów i dlatego rzadko się widywali, ale znajdowali dla siebie czas. Sama historia jak się poznali jest dziwna, ale o tym kiedy indziej. Niestety, tydzień minął szybko. Nim Ali się spostrzegła, już wrzucała do walizki swoje rzeczy. Było jej przykro, bo żadnej z przyjaciółek nie było w pokoju. A nagle wpadła do niego Van.
    - Choć ze mną. Muszę ci coś pokazać! - Powiedziała z rzadkim u niej entuzjazmem, więc Sims uznała, że to naprawdę coś ważnego i poszła z przyjaciółką. Ona zaprowadziła ją do lasu. Szły długo, a niebo powoli zaczęło ciemnieć. Kiedy Vanessa się zatrzymała było już całkiem ciemno. Ali się zdziwiła. Były przy drzewie Czterech Dróg. Chciała o coś zapytać, ale zza drzewa wyskoczyli jej przyjaciele. Wszyscy, Annabeth, Elizabeth, Caleb oraz Alex. Byli tu wszyscy. Alex zawsze był wesoły. Wymyślił nawet dla niej ksywkę, Ali Zombie. Caleb natomiast zawsze był czujny. Zwracał uwagę na wszystko wokoło. Rozmawiali przy drzewie długo, aż w końcu padali z nóg. Wtedy stanęli przy drzewie. Złapali się za ręce i stanęli wokół drzewa. Jak przyjaciele.
    - Nawet jeśli nie będzie cię z nami to zawsze będziemy o tobie pamiętać. - Zaczęła Anna.
    - Zawsze w nas będzie cząstka ciebie. Powal Hogwart na kolana swoją przebojowością. - Powiedziała krzepiąco Eliz.
    - Będziemy cię pamiętać, kiedy będziemy patrzeć na to drzewo, drzewo naszej przyjaźni. - Dodał Caleb.
    - Będziemy o tobie wspominać na każdym spotkaniu. - Odparła poważnie Van.
    - I myśleć o tobie w każdej minucie. Jesteśmy pewni, że sobie poradzisz, Ali Zombie. - Uśmiechnął się Alex. Ali zamiast płakać, też się uśmiechnęła.
    - A ja nigdy was nie zapomnę. I obiecuję, że Hogwart będzie leżał mi u stóp. - Powiedziała wojowniczo nasza bohaterka.
    Kiedy dziewczyny wrócił do pokoju, Ali przemieniła swój kwiatowy rysunek w sześć róż. A na każdej widniało inne imię. Ali, Van, Anna, Eliz, Alex oraz Caleb. I tak się kończy moja historia w Salem. Proszę. To moja historia! Chcesz wiedzieć, dlaczego nie trafiłam do Slytherinu, choć według każdej zasady powinnam? Dlatego, że Tiara przydziału patrzy głębiej. Nikt nie rodzi się zły, złym dopiero się staje. A Tiara zajrzała w moje wspomnienia. Wspomnienia mojej ogromnej wierności wobec przyjaciół. Przyjaciół, o których myślę w każdej minucie. Przyjaciół, dla których zostawiłam resztę dobroci, choć reszta mnie zamieniła się w pył... I wtedy powstała nowa Alicja Sims. Alicja, nie Ali.