poniedziałek, 14 grudnia 2015

Rozdział 22

"Nienawidzę cytatów"
- Ralph Waldo Emmerson

Z góry przepraszam za mały tekst, ale coś się spieprzyło i dało się poprawić

Podróż minęła mi spokojnie. Jeśli spokojnie uznaje się, kiedy dosiada się do ciebie jakaś małolata i gada coś ciągle do siebie. Tak, normalka. Zastanawiałam się czy nie uciec przez okno, ale musiałaby dalej iść na piechotę. A to nie wchodzi w grę. Wsiadając w poranny pociąg nie przemyślałam jednej rzeczy. Nikt po mnie nie przyjechał! Stałam piętnaście minut na stacji rozglądając się wkoło za moją rodziną. Zapomnieli o mnie. Zdesperowana usiadłam na kufrze. W Salem uczono już nas teleportacji. Pamiętam ten dzień, kiedy omal nie zabiłam mojej najlepszej przyjaciółki. Teleportacja to na pewno nie jest moja mocna strona. Rozmyślając wpatrywałam się w ziemię. 
- Hej! - Krzyknęłam kiedy ktoś zasłonił mi światło. - Możesz się odsunąć. Zasłaniasz... - Nie dokończyłam. Przede mną stała dziewczynka z pociągu. Przerażona zerwałam się do pozycji stojącej. Odruchowo także się cofnęłam. Pominęłam tylko jedną istotną rzecz. Za mną stał kufer, a kiedy się cofnęłam potknęłam się o niego. Witaj podłogo. Tęskniłam za tobą.
- Potrzebujesz pomocy? - Zapytałam dziewczynka śmiejąc się głośno. 
- Nie. - Warknęłam i podniosłam się na łokciach. Bez wątpienia było to to samo dziecko. Przyjrzałam jej się uważnie. Ach tak, nic dziwnego. Zielono srebrny szalik oraz płaszcz z godłem, na którym widniał wąż. Slytherin. Prawdopodobnie pierwszoroczna. Przekręciła głowę na bok i przyjrzała mi się uważnie. 
- Jesteś pewna? - Zapytała z przebiegłym uśmieszkiem. Jej zielone oczy zdradzały rozbawienie. Podniosłam się wreszcie z ziemi. To dało mi przewagę nad dziewczynką, która miała niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu. Musiała mocno zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mi w oczy.  - Chyba nikt po ciebie nie przyjechał. - Teatralnie rozejrzała się po pustym peronie. Westchnęłam cicho. Dobrzy ludzie dajcie mi cierpliwość. - Mogę cię podwieźć. - Wybuchnęłam głośnym śmiechem. Brunetka patrzyła na mnie wściekle. Najwidoczniej nie lubi jak się ją wyśmiewa. 
- A co ty możesz zrobić? - Zapytałam. - Może teleportujemy się razem. Przecież takie dzieci jak ty są tego nauczane od przedszkola. - Bladą twarz dziewczynki pokrył rumieniec wściekłości. Złapała mnie za rękę tak mocno, że nie mogłam się wyrwać. - Co ty robisz?! - Krzyknęłam, a nagle poczułam szarpnięcie w okolicach brzucha. Chyba właśnie się teleportowałyśmy. Mój żołądek wyszedł na spacer, żeby odwiedzić gardło. Zgięłam się w pół, kiedy dziewczynka wreszcie puściła moją rękę. Zakręciło mi się w głowie i upadłam. Dwa spotkania z ziemią w ciągu jednego ranka. Na pewno będzie to udany dzień. Na moje szczęście nie zjadłam dziś dużo, więc nie miałam co zrzucić. Wdech i wydech. Po jakiś piętnastu minutach wszystko wróciło na swoje miejsce. Otworzyłam oczy. Zupełnie zapomniałam o obecności Ślizgonki. Chwiejnie podniosłam się z ziemi i wyminęłam ją ruszając w stronę mojego domu. 
- Nie musisz dziękować. - Powiedziała cicho, ale na tyle głośno, że ją usłyszałam. Drogie dziecko. Bardzo dziękuję za próbę zabójstwa mnie. Współczuję, że się nie udało. Może da radę następnym razem. Przewróciłam oczami i ruszyłam w stronę domu z oryginalnym, zielonym dachem. - Jestem Clara. - Powiedziała,a po chwili usłyszałam cichy trzask towarzyszący teleportacji.  Domy w Dolinie Godryka mają bardzo charakterystyczny wygląd. Zazwyczaj mają czerwony dach, a ściany są drewniane lub jasne. Mój dom wygląda zupełnie inaczej. Ciemnozielony dach i ciemne ściany. Całą posiadłość spowijał tajemniczy mrok. Tak, to na pewno mój dom. Otworzyłam furtkę i weszłam na podwórko, a potem szarpnęłam za klamkę. Zamknięte. Nikt nie spodziewał się mnie tak rano. Moja bardzo pracowita rodzinka nadal śpi sobie smacznie w łóżeczkach. Hello, wróciłam! Wyjęłam różdżkę z kozaka (nie ma to jak oryginalne sposoby) i wycelowałam nią w zamek. Czas pokazać czego nauczyłam się na zaklęciach.
- Alohomora*. - Powiedziałam w myślach, a zamek ustąpił. Dumnym krokiem wkroczyłam do mieszkania. Zdążyłam minąć próg, kiedy niewidzialna siła odepchnęła mnie mocno. Obecnie leżałam w roślinach mojej mamy. 
- Ali?! To ty?! - Krzyknął mój brat. Widząc go wybuchłam śmiechem. Stał po środku korytarza w samych bokserkach w misie. Spojrzał na swój ubiór i zrobił głupią, zawstydzoną minę.
- Co słychać, Ali? - Zapytała szatynka, która właśnie zbiegła po schodach. - Serio Ian. Misie? -  Moja siostra, która zawsze była pełna ironii.
- A nic. Tak sobie tylko podziwiam kwiaty. - Odpowiedziałam wskazując moje otoczenie. Mój kochany braciszek stał z zaciśniętymi ustami, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
- Ian, idź się ubierz, bo zaraz zawołam twoją dziewczynę. - Rzuciła Mad, a chłopak zaczerwienił się. Wysyczał przez zaciśnięte zęby:
- To. Nie. Jest. Moja. Dziewczyna. - Zaczął powoli wycofywać się z drzwi.
- Tak, tak. Ale bardzo byś chciał, żeby nią była. - Kiedy szatyn zniknął za rogiem, a przynajmniej tak mi się wydawało, dziewczyna zbiegła po niskich schodkach i  w paru krokach znalazła się przy mnie. Pomogła podnieść mi się z ziemi i od razu mnie przytuliła.
- Tęskniłam. - Wyszeptałam w jej włosy, a po chwili usłyszałam cichą odpowiedź.
- Ja też. - Kiedy się odkleiłyśmy od siebie, podążyłyśmy do domu. - Zasłużyłaś na herbatę.
Tym sposobem piętnaście minut później siedziałam w fotelu, który był większy ode mnie - tak na marginesie.  W dłoni trzymałam gorący kubek herbaty.
- Jak tam w pracy? - Zapytałam upijając łyk ciepłego napoju. Od razu tego pożałowałam. Był tak gorący, że zaczęłam skakać po całym pokoju, wykonując przy tym dziwaczne ruchy.
- Potraktowałaś ją Cruciatusem**? - Do salonu wszedł mój brat, tym razem ubrany. Maddie pokręciła głową. - Tak... Nie ma to jak w domu. - Uśmiechnęłam się do niego zgryźliwie. - A tak na serio, siostrzyczko czy są w tej twojej szkole jacyś nachalni chłopcy? Bo dawno nikogo nie uderzyłem. - Roześmiałam się głośno, tak samo moja siostra. Taki brat to skarb. Mimo, że żartował, jestem pewna, że bez zastanowienia zrobiłby coś takiego. Nagle usłyszeliśmy kroki na górze. Ktoś nieśpiesznie idzie do nas. Chyba jest zły. Dwudziestolatka, siedemnastolatek i czternastolatka rzucili się pędem do drzwi. Po drodze złapaliśmy tylko kurtki. Wybiegliśmy na białą ulicę i powoli sunęliśmy drogą Doliny Godryka. Podczas spaceru dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się, wspominaliśmy. To coś czego szczególnie brakuje mi w Hogwarcie. Kiedy uczyłam się w Salem wszystko wyglądało inaczej. Brat odwiedzał mnie przynajmniej raz w tygodniu. Siostra też wpadała od czasu do czasu. Te chwile już nie wrócą. Idąc tak zauważyłam znajomą twarz. James, Albus, jakaś dziewczynka i czarnowłosy mężczyzna bawili się na dworze. Bez pytania wiedziałam, że to rodzina Potter'ów. Poznałam Harry'ego Pottera, który pobił swoją córkę. Teraz wyglądali na szczęśliwą rodzinkę. Co się zmieniło? Nagle James podniósł głowę i zobaczył mnie. Miałam ochotę odwrócić wzrok, jednak tylko pomachałam. Nasz "krótki spacer" trwał jakieś dwie godziny. Kiedy otworzyliśmy drzwi i weszliśmy do salonu
czekała na nas niespodzianka. Na kanapie obok moje mamy siedziała dziewczyna. Moja kuzynka. Kiedy mama mnie tylko zobaczyła, podbiegła do mnie i przytuliła mnie. 
- Tęskniłam. - Mruknęła mi do ucha. Potem przywitałam się z tatą, oczywiście mniej słodko. Aria spojrzała na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami. Przytuliła mnie, tycio za długo. Mówiła krótko.
- Chcesz być chrzestną? - Moje oczy gwałtownie się powiększyły, dosłownie. Serce prawie wyleciało mi z piersi. W gardle uwiązł krzyk. A na ustach pojawił się ogromny uśmiech. Zdołałam tylko pokiwać głową.
- Czy ty... - Wydukałam ledwo, a ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Drugi miesiąc. - Zaczęła piszczeć z radości. Arię znam od zawsze. Jest tylko o miesiąc starsza od Madeline. Każde wakacje spędzała u nas, gdzie bawiliśmy się we czwórkę. Teraz ma dwadzieścia lat, a nadal przyjeżdża do nas na wakacje. Nigdy nie spodziewałam się, że mi powie coś takiego. Zawsze była taka... nie chętna. Chciała się wykształcić, żyć porządnie i tak dalej. Z tego co pamiętam to nawet nie ma męża, nie słyszałam też nic o chłopaku. Kuzynka objęła mnie ramieniem i zwróciła się do mojej rodziny, a właściwie rodzeństwa. Za jej plecami nagle stanął jakiś mężczyzna. Wysoki, dobrze zbudowany blondyn. 
- Serdecznie chcielibyśmy was zaprosić na nas ślub. - Powiedziała radośnie, a chłopak wyciągnął zaproszenia. - Och, Ali. Nie znasz jeszcze mojego narzyczonego i ojca Gabrielle. To Andrew. - Podałam mu rękę i wymieniłam kilka słów, kiedy Aria mówiła, że jest w ciąży. Jak można się spodziewać, świadkową została Madeline. Czułam się tak jak dawniej. Jak w domu. Prawdziwym domu.

Wigilia w moim domu zawsze kojarzyła się z czymś cudownym. Z tą nie było inaczej. Była ona jeszcze lepsza, nie tylko z powodu Arii i Andrew, którzy zostali na wigilii. Także dzięki temu, że już tego nie miałam. Salem i tamtejsze tradycje zostały zamienione na Hogwart. Wieczorem, a może w nocy siedziałam w swoim pokoju. Mieścił się on na strychu. Naprzeciwko mieszkał Ian, ale tylko chwilowo, bo jak się okazało wyprowadził się już. Praca Mad rozkazywała jej nadal mieszkać w Dolinie Godryka. Najpiękniejszy prezent jakiś dziś dostałam dali mi Ian i Maddie. Co dostałam? Zbiór Baśni z Salem. Piękna, skórzana okładka, a na niej złoty napis. Otworzyłam księgę na losowej stronie, by móc rozkoszować się choć jedną opowieścią.
Historia o Camille Magielline. 
Camille nie była biednym dzieckiem. Była arystokratką, a może nawet księżniczką. Wydarzenia te działy się w ok. 4 w. n.e. W wieku szesnastu lat ojciec wybrał dla niej męża. Trzy razy starszego, przysadzistego, ale bogatego, co najważniejsze mężczyzny. Już przy pierwszym spotkaniu patrzył się na nią tak, jakby chciał ją pożreć. Ojciec oczywiście chciał jak najlepiej. Mercylien, wydawał mu się uczciwym, dobrym człowiekiem. Camille płakała, błagała, robiła wszystko tylko, żeby za niego nie wyjść. Bez skutecznie. Parę dni przed ślubem uciekła. Jej rodzina przyjęła, że popełniła samobójstwo. 
Baśń wydała mi się niepokojąco krótka. Przekręciłam kartkę. Dwie strony puste. Dotknęłam jej opuszkami palców. Nagle zalśnił złoty tekst, który pojawił się znikąd.
Jej historia jednak tak się nie kończy. Uciekła z księciem elfów i zamieszkała w jego królestwie. Szkoliła się tam. Poznawała tajniki magi i ten tajemniczy język. Z czasem zakochała się w złotowłosym chłopaku. Może z wzajemnością. Jednak jego ojciec nie mógł na to pozwolić. Czym prędzej wygnał dziewczynę, a syna ożenił z księżniczką sąsiedniej wioski. Camille mogła jedynie patrzeć na ślub swojego ukochanego i czuć swe serce, które zamieniło się w proch. Od tej pory dziewczyna nie słuchała już nikogo. Stała się zimna jak lód. 
Tekst znów zamarł, ale ja czułam, że to jeszcze nie koniec. Poczułam dziwną więź z tą całą Camille. Dotknęłam go znowu, a kartka wypluła tylko jedno, zimne zdanie.
Być może dziś znasz ją jako Delimę, dyrektorkę Instytutu w Salem.
Zamarłam. Jeśli to prawda muszę jak najszybciej dostać się do Salem. 
***
Witam was moi drodzy i kochani. 
Wiem, że późno dodaję ten rozdział, ale miał się on pojawić po świętach.
Jak się podoba rozdział. Proszę o komentarze, najlepiej uzasadnione!
Informacja: Święta to czas dla rodziny, więc 23 dopiero po nowym roku.

Rozdział trochę krótki, ale moim zdaniem idealny dla osób, które mają mało czasu.
Już teraz życzę wesołych świąt i pozdrawiam.
L.B.
nig go

* - nie jestem pewna czy to dobre zaklęcie 
** - zaklęcia z Salem biorą się z łaciny, więc nazwa taka sama 

niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 21 - Dodatek do serii

 ~♥♥~
- W jaki sposób nie zabezpieczyliśmy tylnych drzwi? - Po raz kolejny pytał Alex. Westchnęłam tylko zirytowana. Naprawdę nie mam ochoty powtarzać temu pacanowi, że Ali się wyprowadziła. Trudu odpowiedzi podjął się Caleb.
- Bo widzisz, przydałoby się znaleźć kogoś kto obstawiałby tylne drzwi. - Eliz zaczęła protestować i nawet nie dała mu skończyć. Jest jak ogień, a Ana jak woda. W jaki sposób obie są w Bractwie Powietrza*. A jednak urodziły się jako czarownice powietrza. 
- Nienawidzę jej rodziców za to, że ją nam odebrali. - Powiedziałam, żeby przerwać ich kłótnię. - Powinniśmy być lepiej zorganizowani.
- To znaczy? - Dopytała Ana. Sama nie wiem co miałam na myśli. Wzruszyłam tylko ramionami. 
- Moglibyśmy porwać Ali i przywieść ją tutaj. Ukrywałaby się w lesie, a my dawalibyśmy jej jedzenie. - Przyszedł mi do głowy szalony plan, więc zaprezentowałam go przyjaciołom. - Albo po prostu mieszkalibyśmy u niej pod łóżkiem.
- Ja! Ja jadę! Tylko musimy koniecznie wziąć to łóżko, które przytwierdziliśmy do podłogi tajemnym czarem. - Wykrzyknęła Elizabeth. Część z naszej czwórki popatrzyła na nią jak na wariatkę, inna osoba roześmiali się, a Alex jak to Alex zrobił obie te rzeczy. - No co . Obietnic się wypełnia. Było obiecane, że o niej nie zapomnimy, będziemy pisać i bla, bla, bla. Ja obiecałam, że nie pozwolę wynieść jej łóżka. I jak wiadomo nadal ono tam stoi. 
- Van ma dobry pomysł. Ten drugi, kiedy lecimy do Hogwartu? - Spytał Alex.
- Proponuję po świętach. - Dodał Caleb.
- Postanowione! - Krzyknęła radośnie Annabeth. - Lecimy do Hogwartu! - To nie są żarty ani ćwiczenia. To po prostu paczka szalonych przyjaciół z Salem. Z prędkością światła zabraliśmy się do ozdabiania sali, żeby mieć jak najwięcej czasu na planowanie. Hogwart bój się, bo nadchodzimy!
~♥♥♥~
- Witam was na tegorocznym gwiazdkowym przyjęciu! - Wykrzyknęła Delima. Nie potrzebowała zaklęcia podnoszącego ton głosu. Bez niego potrafiła krzyczeć tak, że mogli ją słyszeć w samym Salem, a nawet na Górze Seleny. - Pragnę powitać dyrektora Szkoły czarodziejów im. Siliasa, Carola von de Scroper. Proszę o oklaski dla niego! - Rozległy się niemrawe oklaski. Klaskała tylko dlatego, że tak wypadało. Carol był jeszcze większym idiotą niż Delima. Krążyły plotki, że kiedyś nawet ona wysyłała do niego uczennice, które już nigdy nie wracały. Stąd sądzono, że nie jest człowiekiem albo jest psychopatycznym mordercom. Oczywiście oni szybko zabili tę plotkę. 
- Dzień dobry! - Odezwał się dyrektor chłopaków. - Zgodnie z tradycją, najpierw zostanie odczytana baśń pt. "Wigilia czterech nimf".
Kiedy po świecie krążyły różne nadnaturalne stworzenia, nie bojąc się ujawnienia, żyły cztery nimfy. Były one siostrami. Każda z nich miała osobny dar. Luna (księżyc) potrafiła przewidywać przyszłość. To ona przewidziała powstanie Salem oraz narodziny założycieli. Jej żywiołem była ziemia, co mówi, że była spokojna, ale wytrwała. Stella (gwiazda) potrafiła manipulować emocjami innych. Potrafiła sprawić, żeby najweselsza osoba na ziemi była najsmutniejsza, a najsmutniejsza była najweselsza. Jej żywioł to ogień, była bardzo energiczna, ale też przebiegła i chytra. Stillam (kropla) to powietrze, była bardzo zwinna i zdolna, ale także cechowała ją zazdrość. Jej zdolnościom było latanie, a także niewidzialność. Lubiła chlubić się tymi zdolnościami. Najmłodsza z nich to Snowflake (Śnieżynka). Bardzo piękna, ale skromna, nieśmiała. Woda oczywiście. Potrafiła zamrozić wszystko samym dotykiem. 
W przed dzień świąt Luna miała niewyraźną wizję. Czuła, że wydarzy się coś złego, ale nie była pewna co. Siostry, jak to siostry stwierdziły rywalizować o to, która będzie wyglądać najpiękniej. Przygotowywały się tygodniami, wszystkie oprócz Snowyflake. Ona nie była powierzchowana, liczyło się dla niej to co jest w środku. Mimo to, na święcie to za nią uganiali się wszyscy chłopcy. Jej zazdrosne siostry stały z boku i wszystkiemu się przyglądały. Tragane emocjami i łzami w nocy podcięły najmłodszej siostrze gardło. Jej ciało zakopały w ogrodzie, a jej krew wypiły na znak zwycięstwa. Ale to nie był koniec. Rzeki zostały pozbawione swej pani i zamieniły się w krew, którą wypiły siostry. Rycerz, zakochany w Snowflake doszukał się zdrady i siostry spotkał tak samo zgubny los. Żywioły nie były już takie dobre. Ziemia się trzęsła, żeby pomścić Lunę. Ogień pojawiał się znikąd, żeby zemsta Stelli się spełniła. Huragany porywają ludzi i statki, niszczą budynki, by Stillam zostało pomszczona. Nawet woda jest zdradliwa i topi ludzi, bo zwyczajnie tęskni za Snowflake.
- Koniec. - Wypowiedziała cicho Delima. Nie musiałam słuchać. Znam tę historię na pamięć, ale i tak to robiłam. Baśnie z Salem mają w sobie coś takiego, że za każdym razem chcesz ich słuchać. Są po prostu magiczne. Brzmi to, jakby ten świat nie był magiczny.

* - W Salem Domy nazywane są Bractwa (Bractwo: Ognia, Wody, Powietrza, Ziemi)

niedziela, 8 listopada 2015

Rozdział 20 cz. II

 "To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia."
- Jonathan Carroll
 ***
Około godziny dwunastej zaczęłyśmy się przygotowywać. Molly zaproponowała, żebym korzystała z jej pokoju, tak poszło nam dwa razy szybciej. Ja pomogła przyszykować się Weasley, a ona mi. Tak samo było z Livvi i Manią. Wyglądałyśmy cudownie. Molly na sobie długą, prostą sukienkę, a włosy uczesałam jej w kok. Sukienka Lauren była czarna z szmaragdowymi akcentami i sięgała przed kolana. Włosy zostawiła rozpuszczone. Mary prezentowała się bosko. Długa, do samej ziemi sukienka była w pięknym błękitnym kolorze, a jej włosy choć rozpuszczone, były starannie ułożone. Kiedy pojawiła się Nathalie, okazało się, że też wygląda olśniewająco. Sukienka sięgała jej ledwo przed kolana i miała kształt klosza. Włosy uczesała się w warkocz. Nie wiem czy ktoś pomagał jej w szykowaniu, ale jeśli tak to należał się tej osobie Oscar. Jeśli sobie poradziła to skutecznie. Moje włosy uczesałyśmy w kok i wydaje mi się, że w czarno-granatowej sukience wyglądałam dobrze. 
- Gotowe? - Zapytałam. Dziewczyny kiwnęły głowami i zeszłyśmy na dół. W naszą stronę sypały się komentarze typu: Piękne. Cudowne. Ślicznie. Zawsze lubiłam, że w zimę już o siedemnastej było ciemno. Jedynie nieliczne świece przyświecały nam. Na suficie mieniły się gwiazdy. Był to mój pierwszy bal, a już tak cudownie tu się prezentowało. Był to też pierwszy bal dziewczyn, ponieważ klasy drugie i pierwsze miały Święto Duchów. Nieśmiało kręciłyśmy się przy pełnych stołach. Nie byłam głodna, mimo to miałam ochotę skubnąć coś z tego stosu smacznego jedzenia. Kątem oka widziałam, że obserwuje nas jakaś blondynka ubrana w czerwoną sukienkę. Nagle podeszła w naszą stronę. Wzięła sobie napój, a kiedy przechodziła obok nas potknęła się i napojem oblała Nathalie. 
- Przepraszam. - Wyszeptała blondynka. Była Ślizgonką, miała bransoletkę ze Ślizgońskim akcentem. Carter wybiegła z sali. Dziewczyny stały jak skamieniałe, ale ja za nią pobiegłam. Nathalie nie biegła długo. Zatrzymała się w jakimś cichym kącie. Dogoniłam ją i wiedziałam, że moja przyjaciółka zaraz się rozpłacze. Nie mogłam na to patrzeć, więc podjęłam trudną decyzję.
- Choć ze mną. - Wyciągnęłam do niej rękę. Ona nie pewnie ją złapała. Zaprowadziłam ją do Wieży Gryffindoru, a później do mojego dormitorium. Dopiero w świetle lampy mogłam zobaczyć ogromną plamę na materiale śnieżnobiałej bawełny. - Założysz moją sukienkę. - Powiedziałam bez ogródek. Dziewczynę przyprawiło to o szok, ale szybko się pozbierała.
- Nie. Nie mogę. - Odpowiedziała szybko.
- A właśnie, że możesz. - Patrząc na jej niezdecydowaną minę dodałam. - Jeśli nie pójdziesz na bal, to ja też nie pójdę. I taka piękna sukienka się zmarnuje. - Wiedziałam, że bardzo chce być na tym balu. Ja też chciała, ale czego nie robi się dla przyjaciół. Nathalie przystała na moją propozycję i jakiś czas później odprowadzałam ją do portretu Grubej Damy.
- Szkoda, że magicznych plam nie da się odczynić magią. - Krzyknęła do mnie ze schodów. Uśmiechnęłam się tylko, a w duchu szepnęłam szkoda. Sukienka była tycio przydługa na dziewczynę, ale to nic. I tak wyglądała świetnie. Powoli wróciłam do dormitorium. Ciekawe gdzie podziały się młodsze klasy. Może spędziłam bym z nimi trochę czasu? W końcu za rok też będzie bal, nie ma co płakać w poduszkę. Cicho uchyliłam drzwi, a tam było coś nie tak. Czarne pudełko nie leżało na moim łóżku, kiedy wychodziłam parę minut temu. Ostrożnie zbliżyłam się. Może to dziewczyny z młodszych klas chciały zrobić psikusa. Z drugiej strony, to nie moje łóżko stało najbliżej drzwi. Nie wiem po co, ale na wszelki wypadek wyjęłam różdżkę. Powtórzyłam też zaklęcia, zarówno te z Salem, jak i z Hogwartu. Jednym ruchem ściągnęłam pokrywkę. W środku był jakiś materiał. Zupełnie zbita z tropu odłożyłam różdżkę i wyjęłam go z pudełka. To była sukienka. Piękna, długa, czarna, balowa sukienka. Idealna dla mnie.
- Ludzie dostają to na co zasługują. - Podskoczyłam na dźwięk tego głosu. - Dobrzy ludzie dostają prezenty. - Odwróciłam się w stronę autora tych słów.
- Legolasie co ty tu robisz? - Zapytałam, a on wzruszył ramionami. - Nie mogę tego przyjąć.
- Ja na pewno się w to nie ubiorę. No wiesz, nie mój kolor. - Nie znałam go od tej strony. Ledwo powstrzymałam uśmiech. - A jeśli ty jej nie założysz to zmarnuje się taka piękna sukienka. - Wykorzystał przeciwko mnie mój argument. Cios powyżej pasa. Widząc moje zastanowienie dodał. - Jest jeszcze bolerko. - Odwróciłam się. - Miłej zabawy. - Kiedy spojrzałam w miejsce gdzie przed chwilą stał, zobaczyłam tylko pustkę. Wzięłam mój nowy strój i weszłam do łazienki. Zamierza się dobrze bawić.
 ***
Na parkiecie wirowała cała szkoła. Może prawie cała. Wszystkie klasy, oprócz trzecich, musiały mieć partnerów, ponieważ inaczej nie mogły iść na bal. Odszukałam moje przyjaciółki. Lauren wirowała obok swojej siostry, w towarzystwie jej przyjaciół i chłopaka, Bena. Pozostałe trzy stały pod ścianą i rozmawiały. Na ich twarze wpłynął błogi uśmiech, kiedy mnie zobaczyły.
- Właśnie miałyśmy do ciebie iść. - Powiedziała Molly. - Bez ciebie nie byłoby takiej zabawy.
- Skąd wzięłaś drugą sukienkę. - Zapytała Nathalie, której wyraźnie poprawił się humor. Czyżby dręczyły ją wyrzuty sumienia z powodu mej osoby?
- Przezorny zawsze ubezpieczony. - Powiedziałam z tajemniczym uśmiechem. Nie miałam zamiaru zdradzać Legolasa. Może dostanę więcej sukienek... Nasza rozmowa nie trwała jednak długo, ponieważ profesor McGonagall, która zajmowała się organizacją kazała chłopakom tańczyć z nami.
- Drogie panie na plotki czas jest codziennie. Na taniec nie. - Powiedziała, a za jej plecami kuliło się czworo chłopaków, którzy chcieli się ulotnić. - To samo się tyczy panów. - Zatrzymali się w pół kroku. - To, że jestem stara nie znaczy, że głucha. - Zamknęła chłopaków raz na zawsze, a oni nieśmiało do nas podeszli. Nathalie uśmiechnęła się ciepło, kiedy Luis (Gryfon, trzeci rok, dzieli dormitorium z Jamesem - autorka) podszedł do niej. Taki sam gest uczyniła Mary, kiedy zaprosił ją do tańca Mark (Gryfon, trzeci rok, dzieli dormitorium z Jamesem, najlepszy przyjaciel Luisa - autorka). Ja i Molly nie miałyśmy zamiaru ułatwiać dwóm Krukonom zadania i zostałyśmy z kamiennymi twarzami. Ich iny też nie wyrażały jakiejś radości, że mają z nami tańczyć. Chyba się dogadamy. Aczkolwiek jedno musiałam przyznać. Chłopak potrafił nieźle tańczyć.
- Jak masz na imię? - Zapytał lekko, tylko dla przerwania ciszy.
- Alicja. - Powiedziałam to zwyczajnym tonem, może trochę ponurym. Musiałam lekko zadrzeć głowę, żeby rozmawiając z nim patrzeć mu w twarz. Nie był dużo wyższy, ale około pięć centymetrów. - A ty? - Miło byłoby wiedzieć z kim się tańczy.
- Aaron Neomajni. Krukon. - Powiedział, a jego twarz nadal nie zdradzała żadnych emocji. Moja zresztą też. Chyba, że znudzenie.
- Gryffindor. - Odpowiedziałam szybko. - Masz siostrę, prawda? - Zmarszczył brwi.
- Chodzi o Annie. Przykro mi, że miałaś z nią styczność. - Westchnął ciężko. - Ślizgoni potrafią być czasem trudni. Jest moją bliźniaczką. - Zaraz. Ostatnio miała na sobie niebieskobiały szalik. Postanowiłam o to nie pytać. To za bardzo osobista sprawa. Zamiast tego rzuciłam inną odpowiedź.
- Domyślam się. - Wtedy usłyszeliśmy huk. Wszystkie pary zatrzymały się i zaczęły szukać sprawcy tego. Niektórzy wyciągnęli różdżki. Po chwili zgasło światło i zawiał potężny wiatr. A potem coś wyskoczyło z cienia i pomknęło prosto w stronę parkietu. W ostatniej chwili pary zdążyły uskoczyć. W ciemności ledwo co widziałam. Do tego teraz byłam na podłodze. W ustach czułam metaliczny smak krwi. Chyba ugryzłam się w język. Nie miałam teraz czasu na pierdoły musiałam się gdzieś ukryć. Zanurkowałam pod najbliższy stół, słysząc jak ktoś mnie woła. Pod meblem znajdowali się Molly, kolega Aarona, Damon i Roxanne Sullivan.
- Co to do cholery jest? - Powiedział Damon, ale nie usłyszał odpowiedzi. Nagle usłyszeliśmy krzyk. Szybko wychyliłam głowę. Ptak trzymał w dziobie jakąś blondynkę. Kiedy ją obrócił zobaczyłam, że to Annie. Nie była podobna do brata, rzucał się tylko cień tego. Kształt twarz, kolor oczu. Olbrzym poszybował z dziewczyną, a po kilku kółkach ją puścił. Po prostu wypuścił z wysokości pięciu metrów. Chwała Bogu za mój instynkt. Blondynka wylądowała na miękkim materacu. Była oszołomiona i przerażona, ale przytomna. Wściekłe stworzenie odleciało, a potem otoczyła nas jasność. Aaron podbiegł do swojej siostry.
- To to mnie zaatakowało! - Krzyknęła Olive. - Wtedy w lesie! Już pamiętam!
McGonagall zabrała ją na rozmowę. Jednym zaklęciem posprzątano salę, a Annie została wyniesiona. Jej brat poszedł z nią. Nam kazano bawić się dalej, ale nikt nie potrafił dalej bawić się normalnie. Podbiegłam do moich przyjaciółek.
- Nic wam się nie stało? - Zapytałam. Dziewczyny spojrzały po sobie.
- Wszyscy cali. - Powiedziała Mary.
- Chyba zgubiłam gdzieś różdżkę. - Szepnęła Nathalie. Zaczęłyśmy się rozglądać, ale zguby nie znalazłyśmy. Powiedziałam jej, że jest szansa, że znajdzie się jutro. Jakoś w to nie wierzyła.
***
Odprowadzałam Nathalie do jej wieży po balu. Było już grubo po północy. Podejrzewałam drugą - trzecią godzinę. Molly i Mary zmyły się z balu dużo przed nami, jakoś po pierwszej. Lauren nadal została, ta dziewczyna miała więcej energii niż cała fabryka. Po ostatnich wydarzeniach obawiałam się o moją przyjaciółkę, szczególnie że została pozbawiona różdżki, więc postanowiłam ją odprowadzić. Carter obawiała się o mnie, ale uspokoiłam ją. Ja sobie poradzę. 
- Dzięki za... - Zawahała się chwilę. - Za wszystko. Sukienkę, odprowadzenie, za rady... Za wszystko.
- Lepiej w niej wyglądasz. - Zapewniłam. - Nie ma za co. - Uśmiechnęła się blado i zastukała w kołatkę, która natychmiast ożyła.
- Co się stało z tym czarnym aniołem co zleciał na ziemię? - Zaskrzeczała kołatka.
- Wiem tylko tyle, że o odpowiedź pytać trzeba Helenę. - Bez wahania zrymowała Nathalie i drzwi się otworzyły. Resztką siły wydobyłam z siebie głos.
- Nathalie zaczekaj! - Krzyknęłam, a dziewczyna odwróciła się i posłała mi pytające spojrzenie. - Ta zagadka. Możesz ją powtórzyć. - Aż piekło mnie z podniecenie. Może jednak znalazłam odpowiedź?
- Oczywiście. - Powiedziała zdezorientowana. - Co się stało z tym czarnym aniołem co zleciał na ziemię. Wiem, że o odpowiedź trzeba pytać Helenę. - Cały czas patrzyła na mnie podejrzliwie. - A o co chodzi? Jeśli mogę zapytać.
- Oczywiście. Po prostu słyszałam coś kiedyś o jakimś czarnym aniele. - Nie chciałam jej okłamywać, ale musiałam. Nie mogłam zawieść moich byłych przyjaciół. - Nie mogłam tego zrozumieć, bo byłam mała. - Uśmiechnęłam się. Ona też. 
- Też do końca nie wiem o co chodzi. To o czymś co działo się dawno. Dlatego trzeba pytać Helenę. Przeczytałam kiedyś, że znała jakiegoś "Czarnego Anioła". 
- Jaką Helenę? - Do rozwiązania jednej zagadki brakowało mi tylko tego.
- Helenę Ravenclaw. Jeśli chcesz możemy z nią porozmawiać, ale dopiero po przerwie świątecznej. I chyba moja koleżanka, Hana też kiedyś się nad tym zastanawiała. Może pójść z nami?
- Oczywiście. - Wydaje mi się, że to nie do mnie należała decyzja. W końcu zaproponowała to Nathalie, więc oczywiście nie miałam nic przeciwko. Nawet jakbym miałam to nie kulturalnie było pokazywać swoje niezadowolenie. Pożegnałam dziewczynę i zawlekłam się do swojego pokoju. Nie wiem czy w stanie takiego zmęczenia potrafiłabym wygrać jakiś pojedynek. Na szczęście nie musiałam się przekonywać. W dormitorium rzuciłam się na swoje łóżko. Lauren nadal nie było. Nie miałam czasu się tym przejmować, ponieważ od razu zasnęłam. Spałam w sukience i ciepłym, futrzastym, ciepłym, elfickim bolerku.
***
Następnego dnia rano wszyscy żyli wczorajszymi wydarzeniami. Ale ja miałam w głowie tylko to, że dziś zobaczę moją rodzinę. Będę mogła znów porozmawiać z Maddie i Ianem. Z powodu balu, przezornie zorganizowali dwa pociągi. O siódmej i czternastej. Nie pożegnałam się z nikim, bo byłam prawie sama na wczesnym śniadaniu. Kiedy schodziłam ze schodów ciągnąc za sobą kufer, spotkałam jedną znajomą twarz.
- Z Annie lepiej? - Zapytałam chłopaka, który właśnie schodził na dół. Westchnął ciężko.
- Nadal oszołomiona, ale powraca do zdrowia. Jedziesz zaraz? - Popatrzył na mój kufer. Kiwnęłam głową. - Pomogę ci. - Złapał za drugi uchwyt.
- Nie trzeba. - Powiedziałam szybko.
- A właśnie, że trzeba. - Pożegnałam się z nim przy powozie, a potem odjechałam. Pół godziny później siedziałam już w pociągu. Lokomotywa wiozła tylko jeden wagon, a ja i tak siedziałam sama. Nie mogę się doczekać spotkania  z rodziną.
~♥♥♥~ 
TA DAM!!!
Następny rozdział będzie rozdziałem specjalnym rozdziałem.
A mianowicie:
.
.
.
.
Gwiazdka w Salem!!!
Tradycje itp.

Komentujcie!
- A