niedziela, 21 lutego 2016

[KONIECZNIE PRZECZYTAJ] Informacja + wyjaśnienie

1. Postanowiłam założyć bloga książkowego, z recenzjami itp.
LINK: http://recenzje-by-my.blogspot.com/ 


2. Zawieszam bloga. Chyba już na zawsze :/
Chciałam podziękować wszytkim, którzy tu bywali lub byli. Bez czytelników ten blog nigdy by nie istniał.

Przede wszystkim chciałabym podziękować:

gabii. w, Selene Neomajni i Carolyn Salvatore-Black - osobom, które napędzały mnie do pisania. Zwracały uwagę na błędy i pomagały polepszyć mój styl.
Dziękuję ♥

gabii. w i Dorcas Meadows-Black - nigdy ze mnie nie zrezygnowałyście i byłyście do końca.
Dziękuję ♥

Lady Mania, Panienka Livvi, julia dudzik - osoby, które pozwalały mi wierzyć w ten blog i zawsze wywoływały uśmiech na twarzy.
Dziękuję ♥

 Raven Princess, Clary, Kolorowa Dama, Liseg, Aria, Ruby Vine - za to, że byłyście chociaż przez chwilę.
Dziękuję ♥

Wszyscy - Po prostu za to, że jesteście i byliście.
Dziękuję ♥  

Nie  chcę się z wami żegnać.
Nie cierpię zakończeń... 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Rozdział 23

 *****
- Rudolf Lestrange. Dawno cię nie widziałem. - Powiedział jeden z aurorów znajdujących się w sali. Autorem słów był Harry Potter. Ten prawdziwy Harry Potter, nie żadna fałszywka lub coś podobnego. Od rana w dzień przed wigilią Bożego Narodzenia aż wrzało z podniecenia. Wszystko za sprawą złapania groźnego przystępcy i za równo byłego Śmierciożercy, Rudolfa Lestrange. - Mówiąc szczerze miałem nadzieję, że znowu cię nie zobaczę. Jakim prawem podszywałeś się pode mnie?! - Zapytał już bardziej ostro. Starszy mężczyzna, bo już pięćdziesięcio pięcio letni, uśmiechnął się ukazując szereg zniszczonych, zepsutych zębów. Innemu, byłemu aurorowi - Ronowi Weasleyowi, znajdującemu się w sali żołądek aż się skręcił. 
- Potter, Potter, Potter. - Zanucił cicho mężczyzna. - Nasz mały Złoty chłopiec. Potter, Potter...
- Przejdź do rzeczy! - Wybuchnął Weasley, który nadal pamiętał widok umierającego brata, Freda. Nie wykluczone, że zabił go ten szaleniec. - Gadaj albo cię zabiję! - To wywołało kolejną salwę śmiechu. Cera Ronalda stała się tego samego koloru co jego włosy, był wściekły. Przystawił mu różdżkę do gardła, ale stary wariat nadal się śmiał. Harry złapał Rona za kołnierz jego koszuli i wyciągnął go na korytarz. 
- Co ty do diabła robisz?! - Wykrzyknął.- Chcesz zabić naszego jedynego świadka? On nam może powiedzieć o tej nowej grupie, tylko trzeba z niego wyciągnąć informację. 
- Nie rozumiem. - Powiedział przyjaciel. - Dlaczego po prostu nie użyjemy klątwy Imperio, chyba w takich przypadkach można jej używać... - Okularnik pacnął się w czoło.
- Jak mogłem być taki głupi. - Szepnął sam do siebie i pędem powrócił do pomieszczenia. Po chwili z ust skazanego wypłynął potok przydatnych informacji.
- Trzeba będzie sprawdzić tą całą Katherine. - Stwierdził Ron. - Wybacz Katherine! Wybacz! - Krzyczał naśladując ruchy Śmierciożercy. Harry zaśmiał się głośno, ale po chwili spoważniał.
- Chyba wiem kto może coś wiedzieć... - Powiedział cicho, jakby do siebie. Rudy rzucił mu ciekawe spojrzenie. W końcu zirytowany kopnął Pottera, żeby wreszcie odpowiedział. - Nie spodoba ci się. Musimy odwiedzić Malfoya.
- Masz rację. Nie podoba mi się. Chyba znów wrócę do pracy jako sprzedawca. - Oboje wybuchnęli śmiechem.
****
Damon Smith spacerował ulicami Wzgórza Salazara. Święta Bożego Narodzenia, coś czego chłopak nienawidził najbardziej. Nie miał ochoty na kolejną rodzinną, wigilijną, tradycyjną kłótnie. W jego rozległej rodzinie tylko niektórzy należeli do domu Węża. Było całkiem sporo członków Hufflepuffu i Gryffindoru, ale największą część rodziny stanowili Krukoni. Co roku odbywała się sprzeczka o prezenty, poglądy lub tradycje. Rok w rok ktoś uciekał z płaczem, inni wybuchali gniewem. Nikt z rodziny chłopaka nie spodziewał się, że przybędzie tak rano. Nie bawił się dobrze na balu, więc szybko wrócił do swojego dormitorium. W jego dworze nie było nikogo. Ojciec poszedł do pracy, nie mógł odpuścić sobie nawet w święta. A matka... Matki nigdy nie było. Zawsze wydawała się jakaś nieobecna. Czasem rozglądałam się nagle, jakby kogoś zauważyła. Rzadko się też odzywała. Damon nie pamiętał nawet jaki ma ton głosu. Czasem zaczynała mówić coś od rzeczy o Śmierciożercach, May,  Americe. Dla chłopaka była chora psychicznie. Ze smutkiem stwierdził, że nie ma gdzie iść. Było już po południu.
~Ojciec pewnie zaraz odbierze Sue ze stacji. Będzie szczęśliwy, że ją widzi. Ciekawe czy chociaż o mnie pomyśli... ~ Myślał chłopak. Zmęczony przysiadł na najbliższej ławce. ~Co mi zostało?~ Mógł iść na wigilię do każdego ze znajomych, ale nie chciał im niczego odbierać. Mimo, że Nott często powtarzał jak bardzo nie lubi swojej siostry, to dziś na pewno od rana świetnie spędzają czas. Mimo, że Roxanne zarzekała się, że nie pojedzie na święta do rodziny, to dziś widział ją z matką na zakupach. Mimo, że Malfoy mówił, że jego rodzice nie znajdą dla niego czasu, to na pewno dziś razem spędzają miło czas. Dziś, teraz myślał, co takiego zrobił, że jest sam?
Nie spostrzegł się kiedy się ściemniło. Nie miał ochoty wracać do domu. Cały dzień przesiedział na tej samej, smutnej ławce. Oglądał różne świąteczne sceny tego "pięknego" dnia. Teraz zrozumiał jak czuł się Ebenezar Scrooge.
- Mogę się dosiąść. - Usłyszał obok siebie delikatny, ale stosunkowo mocny głos. Nie patrząc w oczy tej osoby, odpowiedział tylko "oczywiście". Nagle poczuł dotyk dłoni na ramieniu. Cofnął ramię i gwałtownie obrócił głowę. Po jego lewej stronie siedziała osoba, której nie spodziewał się zobaczyć.
- Nie jesteś na wigilii, mamo? - Zapytał chłodnym tonem. W jej pięknych, niebieskich oczach zalśnił smutek. Damona uderzyło ich podobieństwo. Oboje mieli kruczoczarne włosy i niebieskie, szczere oczy. Chłopak nie wiedział ile jego matka ma lat. Wyglądała na max czterdzieści, ale najprawdopodobniej była dużo młodsza. Westchnęła, a z jej ust wyleciał dymek pary.
- Mogłabym cię zapytać o to samo, synu. - Odpowiedziała cicho, patrząc przy tym na swoje dłonie, potem poprawiła warkocz i dopiero odezwała się ponownie. - Ale chyba żadne z nas nie ma ochoty na spędzanie świąt w ten sposób. - Chłopak chciał coś powiedzieć, ale w ostatnim momencie zorientował się, że zabrakło mu słów. Tym razem z jego ust wyleciał dymek.
- Zimo dziś. - Powiedział. - Dać ci kurtkę? - Dziwnym było dla niego uczuciem rozmawiać z matką, a co więcej proponować jej kurtkę. Ona tylko machnęła ręką.
- Masz rację. Chodź. - Wstała z ławki i stanęła nad nim. - Pokarzę ci piękne miejsce. - Wyciągnęła w jego kierunku rękę. On wstał z ławki, a potem złapał ją bez wahania i teleportowali się. Nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Nie raz to robił.  Ale nigdy nie słyszał o miejscu, w którym się znajdowali. Kotlina Czarownic...
- Jesteś gotowy, żeby poznać mój największy sekret? - Zaintrygowało go to, przytaknął głową. - Nikt o tym nie wie, nie chciałam im mówić. Będziesz pierwszą osobą, która pozna moją prawdziwą historię. - Zrobiła krótką przerwę, razem szli wzdłuż jednej z ulic. - Może zacznę od tego, że nie nazywam się Angelica.
- Co? - Wydukał zaskoczony. - Jak to nie Angelica? Przecież wszyscy tak do ciebie mówią. Tata... -Kobieta nagle mu przerwała. Nigdy wcześniej tego nie robiła.
- Wasz ojciec nie zna prawdy. Okłamuję go przez całe życie, tak samo ciebie i Sue. - Zamurowało go. Dosłownie. Szedł jak w transie. Kobieta wlepiła wzrok w ziemię. - Nie tylko moje imię było kłamstwem. Oszukałam go, ponieważ mówiłam mu, że go kocham. - Ojciec tego nie słyszał, więc słowa raniły Damona zamiast niego. - Kłamałam mówiąc, że nie mam rodziny. Moja siostra to morderczyni. Zabiła mojego ojczyma, ojca, matkę... - W oczach chłopaka stanęły łzy. Jego ojciec to były Śmierciożerca, matka to kłamczucha, a ciotka morderczyni.
- Przestań. - Powiedział błagalnie. - Proszę przestań.
- Nie mogę. Kłamstwo za bardzo mnie przytłacza, teraz jest czas na prawdę. - Kobieta nagle zatrzymała się w przy drzwiach jednego z domów. Dłonią przejechała po wyrytym napisie.
- Kto to? - Zapytał Damon patrząc na narysowany krzyk z napisem "May Harvey-Prior".
- Twoja babcia. - Odpowiedziała cicho, ale wzroku nie odwróciła od drzwi. Po chwili wygrzebała z kieszeni mały kluczyk, który włożyła do zamka. - Mieszkałam tu kiedyś. - W domu panował powierzchowny porządek, ale widać było, że w domu nikt na stałe nie mieszka.
- To twoje nazwisko? - Zapytał syn. Czarnowłosa nie odpowiedziała. Chłopak miał zadać to pytanie jeszcze raz, kiedy zaczęła mówiić.
- Nazywam się Alicja Angelica Prior Snape Harvey Smith. Do jedenastego roku życia nie wiedziałam o świecie magii. Nie wiedziałam też o moim prawdziwym ojcu, dlatego nosiłam nazwisko Prior Alicja. Pod koniec pierwszej klasy odkryłam, że moim ojcem jest nauczyciel eliksirów, Severus Snape. Może miesiąc nosiłam jego nazwisko. Ale Alicja Snape mi nie pasowało, dlatego przyjęłam nazwisko matki z przed ślubu. Alicja Harvey. Planowałam zmienić nazwisko, ponieważ zakochałam się, z wzajemnością, w Luku Castellanie. Ale po wojnie wszystko się zmieniło. Nie byłam już tą samą osobą, a on nie potrafił mnie kochać. - Niebieskooka nagle zamilkła.
- Ale co się stało? - Chciał wiedzieć syn. Kobieta uśmiechnęła się przez łzy.
- Przed drugą wojną czarodziejów uciekłam z moim młodszym bratem. Nie wytrzymał ciężkich warunków, zachorował i umarł. - Damon dziwił się, że jego matka nie wpada w histerię. Taką widział ją swymi oczami. Psychicznie chorą kobietę, która chowa się w ciemnych kątach ulicy. - Moja matka zginęła w skutek dostania Avadą, mój ojciec został zabity przez Czarnego Pana, ponieważ jedna z jego słów podpowiedziała mu, że to będzie najlepsze co może zrobić. Nie oszczędziła nawet biednego mugola, mojego ojczyma. - Znów zaczynała się zachowywać jak ktoś chory. Mówiła do siebie, co nie było do końca normalne.
- Ale kto? Powiedz, że ta wstrętna osoba nie żyje. - Mimo, że jej nie znał, to jeśli ktoś tak źle potraktował jego rodzinę, zasługiwał na śmierć. - Powiedz, że zginęła w czasie Bitwy o Hogwart,
- Przykro mi. - Na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech. - Ale jeśli by tak się stało, twój najlepszy przyjaciel, Martin, by się nie urodził. To wszystko zrobiła jego matka, a jego siostra. - Damon nie wiedział co zaskoczyło go bardziej. To, że Nottowie są z nim spokrewnieni. To wszystko o czym usłyszał. Czy to, że jego matka wie, kto jest jego najlepszym przyjacielem...
***
Opowiedziałam o wszystkim bratu. Myślę, że jemu mogę zaufać w tej sprawie. Maddie i Aria mogłyby od razu powiedzieć to mojej mamie. Aria troszczy się o mnie, a Mad czasem kpi z mojej chęci rozwiązywania wszystkich spraw. Ian przyjął to wszytko "na zimno". Pokazałam mu baśń, ale złoty tekst nie pokazał się. Kazałam mu dotknąć kartki, ale nadal nic. Na mój dotyk zadziałało, widocznie to informacja tylko dla mnie.
- Interesujące. - Mruknął. Nie używa za dużo słów, to znaczy, że myśli. Po jakiś piętnastu minutach nareszcie kończy analizować księgę.
- Co jest? - Pytam, kiedy długo mi się przygląda.
- Ubieraj się. Za pięć minut spotykamy się na dole. - Odpowiada lakonicznie.
Ian zabiera mnie na spacer. Kiedyś bardzo często we dwoje włóczyliśmy się po lasach.
- Masz ochotę wybrać się do domu? - Pyta.
- Przecież przed chwilą z niego... - Nie daje mi skończyć.
- Nie tam. Do prawdziwego domu. - Kiwam głową i już się teleportujemy.
**
Wioska wygląda tak jak zawsze, w ogóle się nie zmieniła. Mroczne wąskie uliczki, ulice pokryte śniegiem, dzwoneczki dzwoniące nie wiadomo gdzie. I wiem, że jestem w domu. W Salem.
- Myślisz, że Delima jest w domu? - Słyszę swój wyjątkowo słaby głos. Kiedy wydycham powietrze tworzą się dymki, jest bardzo zimno. Ian delikatnie, ledwo zauważalnie, kiwa głową.
- Ona nigdy nie rusza się z zamku. - Odpowiada. Jest to prawda. Zamek ja uwięził, tak twierdzi każda osoba, która uczyła się w Instytucje. My, uczennice, zbierałyśmy się na dziedzińcu, a ona zawsze przemawiała do nas z balkonu swojego gabinetu. Gotowa, żeby się schować. Zmierzamy do lasu w ciszy, przez las także idziemy w ciszy, boję się, że dojdziemy na skraj lasu i także będziemy szli w ciszy. Więc w końcu to zmieniam.
- Co będzie jak tam wejdziemy? - Pytam tak cicho, że nie słyszę swojego głosu. Brat nie patrzy mi w oczy. Myślę, że może mnie nie usłyszał, ale on zaraz mi odpowiada.
- Nie idziesz ze mną. - Mówi także cicho. Otwieram usta, ale po chwili je zamykam. Łapię brata za ramiona i obracam go w moją stronę. Chcę, żeby w końcu popatrzył mi w oczy, ale on nadal uparcie unika mojego wzroku.
- Spójrz na mnie! - Krzyczę na cały las. - Patrz w moje cholerne oczy. - Podnosi głowę, jego oczy są przepełnione smutkiem.
- Przepraszam, że muszę to zrobić. - Chcę zapytać co ma zrobić, ale on już coś szepcze. Moje ciało jest sparaliżowane. Moje oczy napełniają się łzami. Boli mnie zdrada. Nie mogę też nic powiedzieć. Ale on mówi. Wyjaśnia mi wszystko. - Delima jest nieobliczalna. To przez nią musieliśmy się wyprowadzić. Zagroziła ojcu, że jeśli wniesie skargę, to nas zabije i mówiła to na serio. Mówiła, że zacznie od ciebie, a potem zacznie zabijać rodziny naszych przyjaciół. To co pisali w baśni to prawda. Wszytsko o Delimie to prawda, a my chcieliśmy to ujawnić. Przepraszam, ale nie mogłem ci wcześniej powiedzieć. A Alex, twój przyjaciel, to jej potomek. Jego też chciała zabić. Idę i powiem jej wszystko, pokażę baśń, pokażę, że elfy ją opisały. Być może mnie zabije. - Przytula mnie, a moje ciała o na chwilę się rozluźnia. Przytulam się do niego i płaczę. Cicho, ale on to słyszy. Stoimy tak dopóki nie zaczynam znikać. Czuję się dziwnie, naprawdę znikam. Przerażona patrzę na Iana. On szepcze tylko przepraszam, to ostatnia rzecz, którą widzę, zanim wpadam w ciemność. I myślę tylko o tym, że zaraz może zginąć. Przeze mnie.
*
~Dziś bez opisu~
L.B.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Rozdział 22

"Nienawidzę cytatów"
- Ralph Waldo Emmerson

Z góry przepraszam za mały tekst, ale coś się spieprzyło i dało się popraw

Podróż minęła mi spokojnie. Jeśli spokojnie uznaje się, kiedy dosiada się do ciebie jakaś małolata i gada coś ciągle do siebie. Tak, normalka. Zastanawiałam się czy nie uciec przez okno, ale musiałaby dalej iść na piechotę. A to nie wchodzi w grę. Wsiadając w poranny pociąg nie przemyślałam jednej rzeczy. Nikt po mnie nie przyjechał! Stałam piętnaście minut na stacji rozglądając się wkoło za moją rodziną. Zapomnieli o mnie. Zdesperowana usiadłam na kufrze. W Salem uczono już nas teleportacji. Pamiętam ten dzień, kiedy omal nie zabiłam mojej najlepszej przyjaciółki. Teleportacja to na pewno nie jest moja mocna strona. Rozmyślając wpatrywałam się w ziemię. 
- Hej! - Krzyknęłam kiedy ktoś zasłonił mi światło. - Możesz się odsunąć. Zasłaniasz... - Nie dokończyłam. Przede mną stała dziewczynka z pociągu. Przerażona zerwałam się do pozycji stojącej. Odruchowo także się cofnęłam. Pominęłam tylko jedną istotną rzecz. Za mną stał kufer, a kiedy się cofnęłam potknęłam się o niego. Witaj podłogo. Tęskniłam za tobą.
- Potrzebujesz pomocy? - Zapytałam dziewczynka śmiejąc się głośno. 
- Nie. - Warknęłam i podniosłam się na łokciach. Bez wątpienia było to to samo dziecko. Przyjrzałam jej się uważnie. Ach tak, nic dziwnego. Zielono srebrny szalik oraz płaszcz z godłem, na którym widniał wąż. Slytherin. Prawdopodobnie pierwszoroczna. Przekręciła głowę na bok i przyjrzała mi się uważnie. 
- Jesteś pewna? - Zapytała z przebiegłym uśmieszkiem. Jej zielone oczy zdradzały rozbawienie. Podniosłam się wreszcie z ziemi. To dało mi przewagę nad dziewczynką, która miała niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu. Musiała mocno zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mi w oczy.  - Chyba nikt po ciebie nie przyjechał. - Teatralnie rozejrzała się po pustym peronie. Westchnęłam cicho. Dobrzy ludzie dajcie mi cierpliwość. - Mogę cię podwieźć. - Wybuchnęłam głośnym śmiechem. Brunetka patrzyła na mnie wściekle. Najwidoczniej nie lubi jak się ją wyśmiewa. 
- A co ty możesz zrobić? - Zapytałam. - Może teleportujemy się razem. Przecież takie dzieci jak ty są tego nauczane od przedszkola. - Bladą twarz dziewczynki pokrył rumieniec wściekłości. Złapała mnie za rękę tak mocno, że nie mogłam się wyrwać. - Co ty robisz?! - Krzyknęłam, a nagle poczułam szarpnięcie w okolicach brzucha. Chyba właśnie się teleportowałyśmy. Mój żołądek wyszedł na spacer, żeby odwiedzić gardło. Zgięłam się w pół, kiedy dziewczynka wreszcie puściła moją rękę. Zakręciło mi się w głowie i upadłam. Dwa spotkania z ziemią w ciągu jednego ranka. Na pewno będzie to udany dzień. Na moje szczęście nie zjadłam dziś dużo, więc nie miałam co zrzucić. Wdech i wydech. Po jakiś piętnastu minutach wszystko wróciło na swoje miejsce. Otworzyłam oczy. Zupełnie zapomniałam o obecności Ślizgonki. Chwiejnie podniosłam się z ziemi i wyminęłam ją ruszając w stronę mojego domu. 
- Nie musisz dziękować. - Powiedziała cicho, ale na tyle głośno, że ją usłyszałam. Drogie dziecko. Bardzo dziękuję za próbę zabójstwa mnie. Współczuję, że się nie udało. Może da radę następnym razem. Przewróciłam oczami i ruszyłam w stronę domu z oryginalnym, zielonym dachem. - Jestem Clara. - Powiedziała,a po chwili usłyszałam cichy trzask towarzyszący teleportacji.  Domy w Dolinie Godryka mają bardzo charakterystyczny wygląd. Zazwyczaj mają czerwony dach, a ściany są drewniane lub jasne. Mój dom wygląda zupełnie inaczej. Ciemnozielony dach i ciemne ściany. Całą posiadłość spowijał tajemniczy mrok. Tak, to na pewno mój dom. Otworzyłam furtkę i weszłam na podwórko, a potem szarpnęłam za klamkę. Zamknięte. Nikt nie spodziewał się mnie tak rano. Moja bardzo pracowita rodzinka nadal śpi sobie smacznie w łóżeczkach. Hello, wróciłam! Wyjęłam różdżkę z kozaka (nie ma to jak oryginalne sposoby) i wycelowałam nią w zamek. Czas pokazać czego nauczyłam się na zaklęciach.
- Alohomora*. - Powiedziałam w myślach, a zamek ustąpił. Dumnym krokiem wkroczyłam do mieszkania. Zdążyłam minąć próg, kiedy niewidzialna siła odepchnęła mnie mocno. Obecnie leżałam w roślinach mojej mamy. 
- Ali?! To ty?! - Krzyknął mój brat. Widząc go wybuchłam śmiechem. Stał po środku korytarza w samych bokserkach w misie. Spojrzał na swój ubiór i zrobił głupią, zawstydzoną minę.
- Co słychać, Ali? - Zapytała szatynka, która właśnie zbiegła po schodach. - Serio Ian. Misie? -  Moja siostra, która zawsze była pełna ironii.
- A nic. Tak sobie tylko podziwiam kwiaty. - Odpowiedziałam wskazując moje otoczenie. Mój kochany braciszek stał z zaciśniętymi ustami, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
- Ian, idź się ubierz, bo zaraz zawołam twoją dziewczynę. - Rzuciła Mad, a chłopak zaczerwienił się. Wysyczał przez zaciśnięte zęby:
- To. Nie. Jest. Moja. Dziewczyna. - Zaczął powoli wycofywać się z drzwi.
- Tak, tak. Ale bardzo byś chciał, żeby nią była. - Kiedy szatyn zniknął za rogiem, a przynajmniej tak mi się wydawało, dziewczyna zbiegła po niskich schodkach i  w paru krokach znalazła się przy mnie. Pomogła podnieść mi się z ziemi i od razu mnie przytuliła.
- Tęskniłam. - Wyszeptałam w jej włosy, a po chwili usłyszałam cichą odpowiedź.
- Ja też. - Kiedy się odkleiłyśmy od siebie, podążyłyśmy do domu. - Zasłużyłaś na herbatę.
Tym sposobem piętnaście minut później siedziałam w fotelu, który był większy ode mnie - tak na marginesie.  W dłoni trzymałam gorący kubek herbaty.
- Jak tam w pracy? - Zapytałam upijając łyk ciepłego napoju. Od razu tego pożałowałam. Był tak gorący, że zaczęłam skakać po całym pokoju, wykonując przy tym dziwaczne ruchy.
- Potraktowałaś ją Cruciatusem**? - Do salonu wszedł mój brat, tym razem ubrany. Maddie pokręciła głową. - Tak... Nie ma to jak w domu. - Uśmiechnęłam się do niego zgryźliwie. - A tak na serio, siostrzyczko czy są w tej twojej szkole jacyś nachalni chłopcy? Bo dawno nikogo nie uderzyłem. - Roześmiałam się głośno, tak samo moja siostra. Taki brat to skarb. Mimo, że żartował, jestem pewna, że bez zastanowienia zrobiłby coś takiego. Nagle usłyszeliśmy kroki na górze. Ktoś nieśpiesznie idzie do nas. Chyba jest zły. Dwudziestolatka, siedemnastolatek i czternastolatka rzucili się pędem do drzwi. Po drodze złapaliśmy tylko kurtki. Wybiegliśmy na białą ulicę i powoli sunęliśmy drogą Doliny Godryka. Podczas spaceru dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się, wspominaliśmy. To coś czego szczególnie brakuje mi w Hogwarcie. Kiedy uczyłam się w Salem wszystko wyglądało inaczej. Brat odwiedzał mnie przynajmniej raz w tygodniu. Siostra też wpadała od czasu do czasu. Te chwile już nie wrócą. Idąc tak zauważyłam znajomą twarz. James, Albus, jakaś dziewczynka i czarnowłosy mężczyzna bawili się na dworze. Bez pytania wiedziałam, że to rodzina Potter'ów. Poznałam Harry'ego Pottera, który pobił swoją córkę. Teraz wyglądali na szczęśliwą rodzinkę. Co się zmieniło? Nagle James podniósł głowę i zobaczył mnie. Miałam ochotę odwrócić wzrok, jednak tylko pomachałam. Nasz "krótki spacer" trwał jakieś dwie godziny. Kiedy otworzyliśmy drzwi i weszliśmy do salonu
czekała na nas niespodzianka. Na kanapie obok moje mamy siedziała dziewczyna. Moja kuzynka. Kiedy mama mnie tylko zobaczyła, podbiegła do mnie i przytuliła mnie. 
- Tęskniłam. - Mruknęła mi do ucha. Potem przywitałam się z tatą, oczywiście mniej słodko. Aria spojrzała na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami. Przytuliła mnie, tycio za długo. Mówiła krótko.
- Chcesz być chrzestną? - Moje oczy gwałtownie się powiększyły, dosłownie. Serce prawie wyleciało mi z piersi. W gardle uwiązł krzyk. A na ustach pojawił się ogromny uśmiech. Zdołałam tylko pokiwać głową.
- Czy ty... - Wydukałam ledwo, a ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Drugi miesiąc. - Zaczęła piszczeć z radości. Arię znam od zawsze. Jest tylko o miesiąc starsza od Madeline. Każde wakacje spędzała u nas, gdzie bawiliśmy się we czwórkę. Teraz ma dwadzieścia lat, a nadal przyjeżdża do nas na wakacje. Nigdy nie spodziewałam się, że mi powie coś takiego. Zawsze była taka... nie chętna. Chciała się wykształcić, żyć porządnie i tak dalej. Z tego co pamiętam to nawet nie ma męża, nie słyszałam też nic o chłopaku. Kuzynka objęła mnie ramieniem i zwróciła się do mojej rodziny, a właściwie rodzeństwa. Za jej plecami nagle stanął jakiś mężczyzna. Wysoki, dobrze zbudowany blondyn. 
- Serdecznie chcielibyśmy was zaprosić na nas ślub. - Powiedziała radośnie, a chłopak wyciągnął zaproszenia. - Och, Ali. Nie znasz jeszcze mojego narzyczonego i ojca Gabrielle. To Andrew. - Podałam mu rękę i wymieniłam kilka słów, kiedy Aria mówiła, że jest w ciąży. Jak można się spodziewać, świadkową została Madeline. Czułam się tak jak dawniej. Jak w domu. Prawdziwym domu.

Wigilia w moim domu zawsze kojarzyła się z czymś cudownym. Z tą nie było inaczej. Była ona jeszcze lepsza, nie tylko z powodu Arii i Andrew, którzy zostali na wigilii. Także dzięki temu, że już tego nie miałam. Salem i tamtejsze tradycje zostały zamienione na Hogwart. Wieczorem, a może w nocy siedziałam w swoim pokoju. Mieścił się on na strychu. Naprzeciwko mieszkał Ian, ale tylko chwilowo, bo jak się okazało wyprowadził się już. Praca Mad rozkazywała jej nadal mieszkać w Dolinie Godryka. Najpiękniejszy prezent jakiś dziś dostałam dali mi Ian i Maddie. Co dostałam? Zbiór Baśni z Salem. Piękna, skórzana okładka, a na niej złoty napis. Otworzyłam księgę na losowej stronie, by móc rozkoszować się choć jedną opowieścią.
Historia o Camille Magielline. 
Camille nie była biednym dzieckiem. Była arystokratką, a może nawet księżniczką. Wydarzenia te działy się w ok. 4 w. n.e. W wieku szesnastu lat ojciec wybrał dla niej męża. Trzy razy starszego, przysadzistego, ale bogatego, co najważniejsze mężczyzny. Już przy pierwszym spotkaniu patrzył się na nią tak, jakby chciał ją pożreć. Ojciec oczywiście chciał jak najlepiej. Mercylien, wydawał mu się uczciwym, dobrym człowiekiem. Camille płakała, błagała, robiła wszystko tylko, żeby za niego nie wyjść. Bez skutecznie. Parę dni przed ślubem uciekła. Jej rodzina przyjęła, że popełniła samobójstwo. 
Baśń wydała mi się niepokojąco krótka. Przekręciłam kartkę. Dwie strony puste. Dotknęłam jej opuszkami palców. Nagle zalśnił złoty tekst, który pojawił się znikąd.
Jej historia jednak tak się nie kończy. Uciekła z księciem elfów i zamieszkała w jego królestwie. Szkoliła się tam. Poznawała tajniki magi i ten tajemniczy język. Z czasem zakochała się w złotowłosym chłopaku. Może z wzajemnością. Jednak jego ojciec nie mógł na to pozwolić. Czym prędzej wygnał dziewczynę, a syna ożenił z księżniczką sąsiedniej wioski. Camille mogła jedynie patrzeć na ślub swojego ukochanego i czuć swe serce, które zamieniło się w proch. Od tej pory dziewczyna nie słuchała już nikogo. Stała się zimna jak lód. 
Tekst znów zamarł, ale ja czułam, że to jeszcze nie koniec. Poczułam dziwną więź z tą całą Camille. Dotknęłam go znowu, a kartka wypluła tylko jedno, zimne zdanie.
Być może dziś znasz ją jako Delimę, dyrektorkę Instytutu w Salem.
Zamarłam. Jeśli to prawda muszę jak najszybciej dostać się do Salem. 
***
Witam was moi drodzy i kochani. 
Wiem, że późno dodaję ten rozdział, ale miał się on pojawić po świętach.
Jak się podoba rozdział. Proszę o komentarze, najlepiej uzasadnione!
Informacja: Święta to czas dla rodziny, więc 23 dopiero po nowym roku.

Rozdział trochę krótki, ale moim zdaniem idealny dla osób, które mają mało czasu.
Już teraz życzę wesołych świąt i pozdrawiam.
L.B.
nig go

* - nie jestem pewna czy to dobre zaklęcie 
** - zaklęcia z Salem biorą się z łaciny, więc nazwa taka sama